"Ryszard II" na scenie Barbican Theatre (1)

   
Oglądanie sztuk Szekspira wystawianych w oryginale jest przeżyciem niepowtarzalnym, bezcennym dla kogoś, kto ma lekkiego bzika na punkcie historii Anglii (jakby ktoś nie wiedział - mowa o mnie). Język angielski jest mową, którą posługiwali się wszyscy moi ulubieni bohaterowie fascynującej opowieści o dziejach Albionu. Osobiście uważam, iż nawet najlepsze tłumaczenia utworów największego dramaturga wszech czasów zniekształcają ich niepowtarzalny styl i rytm, jednak koronnym argumentem jest potrzeba dostarczenia odpowiedniej pożywki dla wyobraźni - słuchając języka, którego używał autor można zamknąć oczy i przenieść się w czasie na dwór elżbietański, poczuć się XVI-wiecznym widzem. A to powoduje zdecydowanie szybsze bicie serca. 


główny hall Barbican Centre - pogmatwanie z poplątaniem:)

Na ekranie oglądałam ich wiele, ale na żywo, na deskach prawdziwego teatru - jeszcze nigdy. I nagle okazało się, że nieśmiało dotąd formułowane marzenie może zostać spełnione. 23 stycznia wbiegłam niemal w podskokach w progi londyńskiego centrum kultury Barbican Centre, największego tego typu obiektu w Europie. Zachwyciłam się gwarem tam panującym, tłumami ludzi pragnącymi doświadczyć czegoś pięknego, obcować ze sztuką. Teatr jest tylko niewielką częścią Barbicanu, oprócz niego znajdują się tam kina, sale koncertowe, galerie sztuki, biblioteka, tam ma swoją siedzibę London Symphony Orchestra, tam regularnie występuje Orkiestra Symfoniczna BBC... To, w jaki sposób kultura i sztuka przyciągają w Anglii tłumy zachwyca i wzbudza zazdrość. Co roku teatry na West Endzie odwiedza 13 milionów ludzi - jak można to sobie w ogóle wyobrazić? Na widowni widziałam ludzi starszych, młodszych, nastolatków, na ich twarzach obserwowałam podniecenie i radość - dyskutowali, komentowali, przeżywali. Wzbudziło to we mnie mocno nieprzyjemną refleksję - poziom sztuki w Polsce spada wprost proporcjonalnie do liczby ludzi pragnących być jej częścią, ludzi, którzy żyją kulturą i chcą się z nią spotykać na co dzień. 



scena z perspektywy pierwszego rzędu - zdjęcie nie moje,
bo ja byłam za bardzo zajęta trzymaniem buzi kulturalnie zamkniętej,
żeby fotki pstrykać
Zaprojektowana ze smakiem i prostotą sala teatralna tylko na moment przyciągnęła mój wzrok, który natychmiast skupił się na scenie. Dzięki nowoczesnej technologii osiągnięto niewiarygodny efekt - elementy Westminster Abbey, monumentalnej gotyckiej katedry, zostały w tak zmyślny sposób wyświetlone po bokach sceny, że przenikając się nawzajem tworzyły trójwymiarowy obraz porażający pięknem i oryginalnością. Do dziś nie mam większego pojęcia jakim sposobem osiągnięto ten efekt - im więcej zdjęć oglądam, tym mniej jestem pewna moich teorii. Pośrodku, na katafalku, stała prosta, czarna trumna.


a tu zdjęcie zrobione z balkonu - zupełnie inna perspektywa,
wrażenie chyba jeszcze lepsze

"Ryszard II" to element cyklu kronik o władcach Anglii pisanych przez Szekspira w latach 90-ych XVI wieku. Opowiada historię króla, który uważany za tyrana i despotę, a przede wszystkim za monarchę trwoniącego pieniądze w sposób, oględnie mówiąc, niezbyt przemyślany, został strącony z tronu, osadzony w więzieniu i zamordowany. Tekst dramatu ukazuje doskonale niejednoznaczność zarówno postaci Ryszarda, jak i jego wrogów. Wydaje się jakby głównym celem autora, poza niezwykle chwalebnym zachowaniem dla potomnych samej prawdy historycznej (Szekspir czerpał wiedzę ze średniowiecznych kronik - wdzięcznam mu jest niezmiernie!), była przestroga przed podnoszeniem ręki na namaszczonego władcę, przed uzurpowaniem sobie prawa do wydawania wyroków i decydowania o tym, co jest dla kraju lepsze. Obalenie Ryszarda II było jednym z pierwszych kroków do wybuchu pół wieku później Wojny Dwóch Róż, która dzieliła i wykrwawiała Anglię przez wiele lat, doprowadziła do kryzysu władzy i kompletnej zmiany dynastii panującej.

Ryszardowi daleko było do ideału średniowiecznego władcy. Trwonił pieniądze na niepotrzebne wojny, słuchał bandy deprawujących go pochlebców, z którymi dobrze się bawił nie myśląc o konsekwencjach i w sposób bezwzględny pozbywał się każdego, kto wydawał się być zagrożeniem dla jego nieograniczonego niczym panowania. Lud go nie kochał, bo jak tu kochać kogoś, kto kilka razy do roku nakłada na poddanych nadprogramowe podatki? W ryzach trzymał ich tylko strach przed karą boską za sprzeciwianie się pomazańcowi. Także lordowie bali się przemawiać młodemu królowi do rozsądku - niejeden już w tajemniczych okolicznościach zniknął z powierzchni ziemi lub został wygnany z mało jasnych powodów. Ryszard rządził żelazną ręką - wykorzystywał każdą okazję do pozbycia się potencjalnych przeciwników, pod byle pretekstem odbierał majątki ich właścicielom, by przeznaczać je na zbrojne wyprawy, artystyczne zachcianki, przebudowę stolicy.


Ryszard II

"Ryszard II, mierzący 180 cm wzrostu, był szczupłym mężczyzną o jasnej cerze i włosach koloru ciemnoblond sięgających ramion. (...) cechowała go odwaga i wielokrotnie okazywał się żarliwie lojalnym przyjacielem. (...) Ryszard dał się również poznać jako człowiek wykształcony, wielki mecenas sztuki i literatury. (...) Westminster Hall, który odbudował po dziś dzień pozostaje świadectwem przepychu jego rządów." - tak o synu Czarnego Księcia pisze Alison Weir w cudownej książce "Lancasterowie i Yorkowie. Wojna Dwóch Róż". Królem został w 1377 roku mając niespełna dziesięć lat - od najmłodszych lat wpajano mu silne poczucie nieprzeciętności. Wrażliwy chłopiec o artystycznej duszy i wykwintnym guście został wychowany na ekstrawaganckiego, upartego i wybuchowego władcę, który podniósł kult monarchy na wyżyny sztuki. Z czasem zaczął rządzić niczym tyran uzurpując sobie prawo do decydowania o wszystkim, łącznie z życiem i majątkami swoich poddanych.

Czyny Ryszarda świadczą o tym, że nie do końca ufał opiece Opatrzności, gdyż pozbywał się każdego, kto mógłby w najmniejszym stopniu zagrozić jego panowaniu. I nawet nie przychodziło mu do głowy, żeby się z tym jakoś specjalnie kryć. Nic więc dziwnego, że wreszcie przebrała się miarka - wygnany kuzyn wrócił na czele armii, by rzucić władcy wyzwanie. Większa część społeczeństwa przyłączyła się do najeźdźcy i Ryszard II został sam w obliczu klęski.

Mówi się, że rządy Ryszarda były jednym z najbardziej katastrofalnych okresów w historii Anglii. Wydaje się, że jest tak nie tylko ze względu na sam okres panowania nieodpowiedzialnego króla, ale także z powodu konsekwencji, jakich były przyczyną. Po najeździe Bolingbroke'a nagle okazało się, że po koronę może sięgnąć każdy, że nietykalność władcy jest mitem, a na tronie równie dobrze może zasiąść ktoś spoza głównej linii dziedziców wyznaczonych przez twórcę dynastii i tradycję. Tym samym z każdym dniem narastała liczba chętnych do tego, by samemu znaleźć się w gronie wybrańców. Lancasterowie i Yorkowie wywołali wojnę domową - i to dopiero ona stała się największą katastrofą średniowiecznej historii Anglii. Walki nie tylko podzieliły i zrujnowały kraj, nie tylko spowodowały wylanie olbrzymiej ilości krwi, ale przede wszystkim otworzyły drogę do tronu ludziom, którzy pierwotnie o takim zaszczycie nie mieli co marzyć. Tudorowie, którzy bocznymi drzwiami wślizgnęli się do królewskiego pałacu stworzyli mocną, charakterystyczną dynastię, niemniej jednak rządy Henryka VIII były pod wieloma względami dla kraju tragiczne.


ja i Ania -  jedna z głównych sprawczyń całego zamieszania

Historia jest przepełniona niejednoznacznymi postaciami, decyzjami, wydarzeniami. Z jednej strony wydaje się oczywiste, że lekceważeni możni podniosą na króla rękę, by zmienić niechciane rządy, z drugiej nie jest to przecież nic innego jak zdrada, złamanie przysięgi lojalności wobec majestatu i wobec władcy, któremu ślubowało się posłuszeństwo. Z perspektywy czasu Szekspir już wiedział: obalenie Ryszarda II, wnuka Edwarda III spowodowało, iż nagle każdy poczuł, że ma do tronu takie same prawo jak zwycięski Bolingbroke, syn Jana z Gandawy.

Szekspirowski Ryszard, którego miałam szczęście poznać i obserwować w najdramatyczniejszym okresie jego życia jest postacią wywołującą mieszane uczucia. Z jednej strony jest niezrównoważony i nieodpowiedzialny, z drugiej pełen majestatu, dostojeństwa i silnej woli. Patrzymy na niego jak na kogoś, kto nie nadaje się na władcę, a jednocześnie nie wyobrażamy sobie, że ktoś mógłby podnieść rękę, by strącić go z tronu. Król jest tak przekonany o własnej nieomylności i przepełniony wiarą w błogosławieństwo Boże, że nieświadomie zaczynamy w to wierzyć i my.

Sama sztuka Szekspira, choć nie tak popularna poza granicami Anglii jak inne jego nieśmiertelne, uniwersalne dramaty jest przykładem na to, jakim znakomitym psychologiem był autor. Postać Ryszarda jest zachwycająco kompletna, prawdziwa. Jego charakter to mieszanka potęgi, pychy i nieograniczonej wiary we własne siły oraz niepewności, strachu o to, co przyniesie jutro, wahania, histerii.


Jan z Gandawy i para królewska

O zagranie roli tytułowej Gregory Doran, reżyser przedstawienia, poprosił Davida Tennanta, charyzmatycznego aktora, który już nie raz udowodnił, jak znakomicie czuje Szekspira. Jego Hamlet stał się wydarzeniem sezonu 2008/2009, a Tennant od tamtej pory jest uważany bodajże za najlepszego odtwórcę roli duńskiego księcia od czasów Laurence'a Oliviera. Przy wszystkich wadach jakie Ryszard Tennanta prezentuje nie sposób go nie lubić - razem z nim zaczynamy wierzyć w to, że korona na jego skroniach ma magiczną moc, a władca zasiadający na tronie jest bożym pomazańcem. Początkowo prezentowany przez niego silny charakter poraża i w wielu przypadkach zachwyca, z czasem wychodząca na wierzch niepewność i rozpacz z powodu zdrady przyjaciół wywołuje współczucie. Wreszcie odwaga w obliczu klęski, wyższość nad oprawcami, szlachetność nie dająca się deptać przeciętności wyzwala w widzu mimowolny podziw.

Starałam się pokrótce uzmysłowić Wam, jak fascynującego widowiska byłam świadkiem, jak wiele znaczyło dla mnie zobaczenie na żywo i w oryginale tej właśnie, a nie innej sztuki - ważnej głównie dla Anglików, których historię opisuje, w Polsce znanej mniej i wystawianej stosunkowo rzadko. Moja fascynacja tą opowieścią sprawiła, że zasiadając w teatrze, z nosem niemal na scenie (trzeci rząd oznacza aktorów niemal na wyciągnięcie ręki) byłam w tym momencie chyba najszczęśliwszą istotą na ziemi.

Ponieważ moja recenzja sztuki stała się nagle tekstem historyczno-krytyczno-literackim i zaczęła rozrastać się do monstrualnych rozmiarów jestem zmuszona podzielić ją na kawałki, żeby nie zagadać Was na śmierć. Wcale by mi się nie uśmiechało, gdybyście w połowie stwierdzili, że macie dość czytania, dlatego dziś dostajecie pierwszą część, pełną moich przemyśleń nad historią i samą sztuką, niedługo uraczę Was dalszym ciągiem - dotyczącym już tylko i wyłącznie tego, czego byłam świadkiem w Barbican Theatre. Do zobaczenia zatem i... "God saue the King!"*

*To nie literówka, to oryginalny Shakespeare :)



Stratford-upon-Avon - 10 X - 16 XI 2013
Londyn, Barbican Centre - 9 XII 2013 - 25 I 2014
reżyseria: Gregory Doran;
występują: David Tennant, Oliver Ford Davies, Jane Lapotaire, 
Nigel Lindsay, Michael Pennington;
muzyka: Paul Englishby;
scenografia: Stephen Brimson Lewis;

video


21 komentarzy:

  1. Cudownie, choć ja akurat wolałabym długaśny tekst w całości - może lepiej odczułabym tę niepowtarzalną atmosferę i choć w małej części wrażenia, jakie wyniosłaś z teatru? Z drugiej strony cieszy mnie perspektywa ponownego spotkania z twoimi wrażeniami, więc czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się, tekst jest gotowy, wymaga tylko porządnej redakcji, bo jak go pisałam, to się zatrzymać nie mogłam i nie miałam czasu myśleć o poprawianiu stylu:) Mam nadzieję, że najpóźniej pojutrze powinien już tu być.

      Usuń
  2. Aniu, czytałam z wypiekami na twarzy! Ten trójwymiar, również jestem ciekawa jak to zrobili. O jej, nasze teatry z wsiową scenografią w życiu nie dogonią zachodu...
    Co do władcy, jak to jest, że po ówczesnych władcach zostają perły architektury, chociaż relatywnie nie dusili poddanych jak dzisiejsze podatki;)
    Próbowałam kiedyś czytać Romeo i Julię w oryginale i nawet nie było połowy wyrazów w słowniku. Ale i tak miałam frajdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.chroma-q.com/news/chroma-q_color_force_leds_provide_mighty_output_for_rscs_richard_ii.asp

      Nie jestem pewna, czy zrozumiałam tekst choć w połowie, bo operuje raczej nieznanymi mi zwrotami, ale tak mi się właśnie wydawało, z perspektywy mojego trzeciego rzędu, że tam zostały użyte takie jakby kurtyny z łańcuszków, na których wyświetlane były fragmenty katedry nakładające się na siebie. Coś jakby obraz z projektora rzucony na dym - widzieliście coś takiego? w Krakowie pod Sukiennicami używają tego efektu - tylko tutaj rzucony jakby na ścianę deszczu stworzoną z tysięcy metalowych łańcuszków. Skomplikowane, nie do końca wiem, czy dobrze myślę i czy wykładam to dość jasno, niemniej jednak efekt był piorunujący! :)

      Oj, wydaje mi się, że podatki nakładane przez średniowiecznych władców na poddanych były jednak trochę gorsze niż dzisiejsze. Zamarzyło się jednemu z drugim wybudować sobie pałac? Ok, ustanawiamy "podatek na rzecz budowy pałacu". Zamarzyło się na wojenkę jechać? I mamy podatek na cele wojskowe. Nawet się nie starali, żeby zachować pozory... A tak w ogóle to często podatki były nakładane bez podania powodu - bo król w kasie ma pusto:)

      W "oryginalnym oryginale" czytanie Szekspira przypomina walenie głową w mur - przynajmniej jeśli chodzi o mnie, ale jest zabawnym doświadczeniem, masz rację:) Jak już coś czytałam, to w takiej wersji, żeby pisownia staroangielskich wyrazów została z lekka odmłodzona. Wolę słuchać, bo wówczas rozumiem, taki tekst w ustach aktorów brzmi w miarę podobnie do współczesnego języka.

      "God saue the King, although I be not hee: And yet Amen, if Heauen doe thinke him mee." Fajne, prawda? :):):):)

      Usuń
    2. Mamy podatek od deszczu, opłatę klimatyczną, no i te ukryte - vaty nie-vaty. Kiedyś słuchałam na yt faceta, który o tym opowiadał. No bo popatrz, kiedy u nas wypada dzień wolności podatkowej - coraz później.
      Ale fakt, nie można tego porównywać na serio, bo to zupełnie inne światy.

      Usuń
    3. No fakt:) Lepiej mi wychodzi mówienie o finansach średniowiecznego feudała niż o moich własnych - staram się o tym za wiele nie myśleć:) Płacę co każą i cierpię w milczeniu:):)

      Usuń
  3. Scenografia jest po prostu niesamowita. Może to hologram daje ten efekt? No i sam spektakl, Ryszard II - taki jak go opisujesz jest postacią bardzo ciekawą zarówno dla samego aktora, jak i dla odbiorcy. Pamiętam Tennata z serialu (wiadomo jakiego :) ) i przejście z tej postaci filmowej, do tej granej w teatrze musiało być niesamowite.
    A tak na marginesie, czasem się zastanawiam, czy to wysoki poziom kultury w Anglii, powoduje że ludzie się nią interesują, czy może... Fakt, że ludzie interesują się kulturą powoduje, że jest ona na wyższym poziomie? Oj... Chyba to pierwsze. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już widziałam Tennanta w wielu dramatycznych rolach, przede wszystkim w Hamlecie, gdzie był jeszcze genialniejszy (muszę kiedyś popełnić recenzję) więc przejście dla mnie nie było takim szokiem, ale wyobrażam sobie, że ktoś, kto go zna tylko jako Doktora musiał być zaskoczony.

      Jeśli chodzi o kulturę w Anglii, to wydaje mi się, że obydwa stwierdzenia się uzupełniają i są jak najbardziej prawdziwe. Zobacz, jaki tam jest poziom tworzenia nawet najmniej znaczących seriali, podczas gdy u nas o pomstę do nieba wzywają nawet największe produkcje. Do teatrów ludzie walą drzwiami i oknami, więc twórcy mają pieniądze na udoskonalanie się - to jest koło, które toczy się perfekcyjnie i gładko. Tam wchodzi się do teatru z ulicy, bo nagle nabrało się ochoty, u nas jest to "wielkie" wyjście od święta - o ile w ogóle komuś zamajaczy w głowie myśl, żeby się tam wybrać.

      Usuń
    2. A jakie tam mają cudne biblioteki! nawet te małe, "osiedlowe"!

      Usuń
    3. O tak, tam naprawdę chce się czytać książki - wystarczy wejść właśnie do pierwszej z brzegu biblioteki czy księgarni (nie mówię o bezosobowych sieciach typu WH Smith) - urocze, przytulne, wspaniale wyposażone. Niemal jak księgarenka dla dzieci z "Masz wiadomość":)

      Usuń
  4. Och,Aniu,przeniosłam się z Tobą na deski teatru londyńskiego.Trudno się oderwać,gdy czytam Twoje refleksje;),piszesz tak bardzo spontanicznie,tak szczerze...dosłownie "wcisnęło" mnie w fotel!
    Dzięki za teatralne nowinki prosto z Londynu.Pozdrawiam gorąco,czekam na dalsze...
    MAJKA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - to bardzo miłe, co piszesz, zdecydowanie stymulujące:) Już niedługo dalszy ciąg:)

      Usuń
  5. A ja czytając twój tekst przeniosłam się na deski mojego ulubionego teatru na West Endzie, który jak do tej pory także miałam tylko raz okazję odwiedzić, ale wrażenia jakże mi bliskie. Właśnie ten entuzjazm publiczność, ta radość z bycia tu i teraz, te uśmiechnięte buzie. No właśnie, jak to się dzieje, że sztukę (mam na myśli musical, ale zapewne odnosi się to i do sztuk np. szekspirowskich) wystawia się od lat, a widzowie walą drzwiami i oknami, na widowni nie ma pustych krzeseł, a w Warszawie po roku, góra dwóch ten sam musical schodzi z afisza i nie sądzę, że rzecz rozbija się o prawa do wystawiania, skoro przedstawienie cieszy się coraz mniejszym powodzeniem u widzów i trzeba nazwozić autokarami wycieczki z zakładów pracy. Przeniesienie murów Katedry Westminsterskiej na scenę cudowne, jakiż to robi klimat, można się poczuć wewnątrz scenografii bardziej niż w samej katedrze, która niestety jest dość oblegana turystami, to trochę jakby wyobrazić sobie, że jest się tam samemu otoczonym szacownymi murami.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ulubiony teatr na West Endzie? Który? Queens? Ja na najbliższe lata mam wielkie plany, chciałabym bywać tam coraz częściej i zapoznawać się z wieloma teatrami. O ironio - wyprawa do Londynu kosztuje mnie taniej niż gdybym chciała się wybrać do teatru do Warszawy czy do Gdańska. I mniej z tym problemów!
    Prawda, że to cudowne - ta publiczność, taka skupiona, oczarowana? Przez całe przedstawienie nie było nikogo, kto by wstał, głośno zakaszlał, cisza jak makiem zasiał, słychać tylko od czasu do czasu westchnięcia albo wybuchy śmiechu, gdy ze sceny pada zabawna kwestia. A potem ta burza oklasków, niekończąca się niemal. Ludzie wychodząc od razu omawiali sztukę, komentowali, dyskutowali.

    "Ryszard II" był wystawiany prawie 100 razy na przestrzeni niecałych czterech miesięcy, na każdym przedstawieniu miał komplet na widowni, a o bilety wcale nie było łatwo, trzeba było naprawdę trzymać rękę na pulsie. I tak jest w każdym teatrze, na każdym przedstawieniu na WE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ulubiony, bo jeden z dwóch w którym byłam :) Queens. Drugi to Majesty (tu mi nie do końca odpowiadało przedstawienie Upiora w Operze, więc i teatr już mnie przypadł do gustu). Z tą odległością to do Warszawy akurat nie mam tak daleko- bo 40 minut samolotem, ale już np. do Białegostoku, gdzie wystawiono Upiora (z niemal całą warszawską obsadą), którego bardzo chciałabym zobaczyć po raz szósty :)) mam jakieś 9-11 godzin pociągiem z przesiadkami, do Londynu, Paryża, czy Rzymu 2-2,5 godzin :) i cena też zbliżona, jedynie kwestia noclegu. Ta skupiona publiczność - to radość nie tylko dla widza, ale i dla aktorów. Sprawdziłam sobie, iż teatr szekspirowski ma zostać otwarty we wrześniu tego roku w moim mieście. :)))

      Usuń
    2. Opracowałam sobie strategię na Londyn - jak się sprawę kontroluje, to bilet można kupić taniej niż do Gdańska czy Warszawy (nawet kolejowy). Nocleg tym razem miałam płatny, ale schroniska YHA są bardzo tanie - zapłaciłam mniej niż jesienią w Krakowie. A jak się ma darmowy kawałek podłogi, to już w ogóle nie ma co się zastanawiać. Najdroższa wychodzi komunikacja miejska, ale i w tym przypadku można poszukać tańszej opcji. Tak więc, o ironio, cała wyprawa londyńska wynosi mnie mniej pieniędzy i czasu niż wyjazd do jednego z większych polskich miast...

      Zazdroszczę Ci tego teatru szekspirowskiego - świetna rzecz, na pewno nie raz trafi się cudeńko! W każdym razie - mam taką nadzieję:)

      Usuń
  7. O ileż chętniej wybrałabym bilet na sztukę szekspirowską niż na jedną z tych współczesnych, którymi aktualnie raczą nas teatry polskie... "Ryszard II" Szekspira urzeka mnie tym, że tak wiernie sięga do historii i pokazuje dramatyczne koleje losu postaci autentycznych, nie byle jakich, bo władców Anglii. Historia średniowiecznej Anglii to zaś jeden z moich ulubionych tematów literackich. Jestem niezmiernie ciekawa scenicznego Ryszarda, który jako człowiek średniowiecza był tyleż religijny, co zabobonny..., który obyty z okrucieństwem czającym się w alkowach starych lub niewygodnych królów, zdając koronę wiedział przecież, że zginie, że zostanie zamordowany albo pokazowo albo po cichu i ukradkiem... Duma, poczucie własnej niemal boskości, uniesienie, a potem przerażenie, strach, oczekiwanie na niechybną śmierć... Tyle uczuć i tyle sposobów ich przedstawienia... Nie mogę się doczekać wydania tej sztuki na dvd, bo niezależnie od relacji tak bardzo chcę zobaczyć, jak David Tennant ukazał te uczucia - a wiem już, że po tym aktorze mogę się spodziewać nie byle jakich ekspresji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedza Ryszarda o tym, jak kończyła znakomita większość jego poprzedników daje o sobie znać w scenie, gdy król wraca z Irlandii i dowiaduje się, że wszyscy sojusznicy odeszli, a przyjaciele zginęli lub zdradzili. Wówczas wpada w histerię i wymienia kto z przodków zmarł od trucizny, kto zginął śmiercią tajemniczą, a kto został po prostu jawnie zamordowany. W tej scenie jest trochę śmieszny, trochę wzruszający - mocno dramatyzuje, ale z drugiej strony czujemy, jak bardzo się boi i nie jesteśmy w stanie śmiać się z jego melancholijnego gestu wyrzucenia korony na ziemię.

      W scenie, której akcja toczy się w Parlamencie (niezależnie od wspaniałego i pokazowego przekazania korony) widać, że słowami i czynami Ryszarda powoduje strach - masz zupełną rację i doskonale wyczułaś to, co w dramacie Szekspira odnalazł także Tennant, co pokazał genialnie mimiką i modulacją głosu. Obalony władca jest przerażony tym, co go czeka, resztkami nadziei chwyta się swojej godności i wiary w nietykalność, oprawcom stara się pokazać wysoko uniesione czoło, my, widzowie, widzimy jego walkę z rozpaczą. Aktor pokazał jakby dwie twarze - jedną dla otaczających Ryszarda ludzi, drugą dla nas, współczesnych odbiorców, jedną zewnętrzną, drugą wynikającą ze stanu psychiki postaci. To nieprawdopodobne, ale tak własnie to wyglądało.

      Usuń
  8. Blog świetny,nic tylko gratulować pomysłu i talentu;co za wszechstronność kulturalnych upodobań.Jeszcze i teatr przybył ostatnio.Och,te Twoje przeżycia,jak Ty je potrafisz opisać:)z pozdrowieniami- Angelwhite

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - tyle komplementów w tak krótkim komentarzu... :) Cieszę się, że podoba Ci się mój styl - czasem zachodzę w głowę, czy nie jest zbyt subiektywny, czy nie powinnam pisać bardziej obiektywnie, czy moje recenzje nie powinny być bardziej wyważone, a mniej pełne zachwytów. Zaraz jednak dochodzę do wniosku, że sama niezbyt chętnie czytam suche, profesjonalne recenzje, po co więc mnożyć kolejne? :) Dlatego też mało u mnie na blogu wrażeń z książek czy przedstawień, które mi się nie podobały - skoro nie mam ochoty o nich pisać, to po co się męczyć? Wolę się dzielić tylko tym, co mnie zachwyca. Dlatego też o teatrze dotąd nic nie było - bo dawno mnie nic nie zachwyciło...

      Usuń
  9. I dzięki Ci za to właśnie,za ten Twój własny styl,za spontaniczność,za to,że tak radośnie dzielisz się swymi przeżyciami-Angelwhite

    OdpowiedzUsuń