Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

"Jestem pisarzem, ponieważ jestem czytelnikiem" - Jaume Cabré na Festiwalu Conrada

      
Nie czarujmy się, Jaume Cabré (jakby ktoś jeszcze nie wiedział, jak to się wymawia, to można sobie sprawdzić TUTAJ) pisze cegły! A nawet CEGŁY! Ale ponieważ wkłada w to pisanie całą swoją duszę, nikomu nie przeszkadza objętość jego książek. Wręcz przeciwnie - im więcej stron, tym lepiej. Przed spotkaniem z pisarzem nie miałam pojęcia, że stworzył on już dziesięć obszernych powieści, które my, polscy czytelnicy, poznajemy od końca. I świetnie, bo to oznacza, że jeszcze wiele wspaniałości przed nami:) 

A przecież czytanie książek katalońskiego prozaika wcale nie jest takie łatwe. Jego styl jest pogmatwany, narrator mówi raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie (w zależności od tego, czy zdanie ma charakter subiektywny czy obiektywny), a bohaterowie wyskakują z tekstu jak rybki z wody, by zaraz z powrotem w niego wskoczyć i siedzieć cicho w nurtach powieści przez następne dwieście stron. Książki Cabré są jak rozregulowany wehikuł czasu - nigdy nie wiesz, gdzie i kiedy wylądujesz. Jakim cudem autor ogarnia to wszystko w trakcie pisania, w dodatku bez tworzenia żadnych planów i wykresów - nie mam pojęcia. Ja bym się zgubiła na pierwszym zakręcie. Najważniejsze jednak, że ogarnia i to genialnie. 

Jaume Cabré jest Katalończykiem - to ważne, bo jego dorobek wyrasta z poczucia tożsamości narodowej i z przynależności do środowiska barcelońskiego. Rodzi się pod wpływem tego, czym twórca żył przez wszystkie lata swojego istnienia. Może to jest tajemnicą sukcesu "Wyznaję", "Głosów Pamano" i pozostałych powieści?

Cabré był gościem tegorocznego krakowskiego Festiwalu Conrada. Spotkanie, w którym miałam wielką przyjemność uczestniczyć, było przeżyciem głębokim, zachwycającym, a jednocześnie uroczym. Bo Cabré taki właśnie jest - inteligentny, dowcipny i przesympatyczny. A przy tym gawędziarz z niego zawołany -  jak zacznie mówić, to przestać nie może. 

W tytule miała być palma, ale muszą być Targi Książki, bo inaczej nikt nie będzie tego czytał! :)

O tym, jak wyglądały 18. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, pisać już nie muszę. Wystarczy, że zajrzycie na jeden z blogów widniejących na pasku bocznym. Każdy był szybszy ode mnie, więc znakomitych opisów i relacji znajdziecie tam sporo. I nie tylko tam. Niektóre są niezwykle optymistyczne, inne podszyte sporą dawką defetyzmu - bo każdy człowiek jest inny. Moja zeszłoroczna wyprawa na Targi okazała się niezbyt udana - nie potrafię poruszać się sprawnie, gdy nie ma czym oddychać. O myśleniu logicznym nie wspominając. W tym roku było o wiele lepiej, gdyż impreza przeniosła się do nowej hali, posiadającej błogosławieństwo pod postacią klimatyzacji. Powietrze więc było. Był też, niestety, spory ścisk, co nie każdemu odpowiada. Wcale się nie dziwię, bo miewam dni, w których uciekłabym na sam widok kolejki czekającej u wrót. Niesamowity był ten ogonek! Mam nadzieję, że przynajmniej atmosfera wśród stojących w nim była miła i rekompensowała czekanie. Nie wiem, bo nie stałam. Ja z branży jestem, więc weszłam innymi drzwiami. ;) 


Znalazłam w Krakowie palmę,
dzięki czemu skupiłam myśli na wspominaniu wakacji,
 a tym samym dzielnie opierałam się naturze,
która chyba postanowiła mnie zahibernować :)

Wciągnął mnie tłum, który mnie wcale nie zmartwił, tylko niezwykle ucieszył. W chwili, gdy na lewo i prawo trąbi się o tym, że Polak nie do końca wie, do czego służy książka, na święcie tego "dziwnego, nieznanego przedmiotu" pojawia się ponad 60 tysięcy ludzi? Rozglądałam się więc z radością, szczerząc się bezczelnie do każdego. Pomachałam Wojtkowi Cejrowskiemu pędząc na spotkanie z Borisem Akuninem, podkadziłam trochę Zygmuntowi Miłoszewskiemu, umówiłam się na spotkanie z Mariuszem Wollnym, ujawniłam Stefanowi Dardzie najważniejszą zaletę mojego wyuczonego zawodu... Dzień spędzony na Targach był obłędny! Poznałam masę wspaniałych osób, zdjęcia znane dotąd tylko z ekranu komputera ożyły i uśmiechnęły się do mnie - naładowałam się pozytywnie życzliwością panującą wokół. Tylko ją chciałam widzieć, tylko ją chłonęłam.




Piątek (24.10) minął mi pod znakiem Festiwalu Conrada, który zaczął się parę dni wcześniej niż Targi. W centrum festiwalowym, osiadłym w Kamienicy Pod Baranami, było przemiło. Jak zwykle zresztą, bo to miejsce ma w sobie specyficzny klimat - miałam okazję posiedzieć tam podczas majowego festiwalu OffPlusCamera i wspominam to doświadczenie z radością. A propos miejsca - na Rynku zaczepiła mnie młoda dziewczyna o nieprzytomnym wzroku: "Przepraszam, tutaj gdzieś jest jakiś plac z baranami czy pod baranami - koleżanka mi mówiła. Wie pani, gdzie to jest?" Młodzież NAPRAWDĘ nie wie? nie zna? nie słyszała?? Czuję się staro... 

W. Lubawski, T. Natkaniec "Małgorzata idzie na wojnę"


"Ma ją poślubić, lecz nie pojawia się w kościele. Rusza z Józefem Piłsudskim, by bić się o wolną Polskę. W oczach Małgorzaty nie znajduje to usprawiedliwienia. Urażona duma i złamane serce pięknej mistrzyni sztuk walki domagają się zemsty. Żadna wojna jej nie powstrzyma.  Awanturnicza i barwna opowieść o losach młodej Małgorzaty Szczerbińskiej, która chcąc ukarać wiarołomnego kochanka, wplątuje się w sam środek walki o wolność Polski.  „Małgorzata idzie na wojnę” to powieść napisana przez dwóch przyjaciół, którzy swoją pasję i zamiłowanie do poszukiwań starych dokumentów spletli z pełną humoru i szaleństwa historią pięknej Małgorzaty. Dziewczyna nie cofnie się przed niczym, aby wymierzyć sprawiedliwość pewnemu kawalerzyście."


Oj, dobra książka dwóm panom autorom wyszła! Oj, jaka pyszna! Czytałam z wypiekami, zaśmiewałam się w głos, łzę cichcem wycierałam, a po zakończonej lekturze zła byłam niczym Zagłoba na pusty kufel! Jak to tak można - rozkochać czytelnika w pannicy, która się kulom nie kłania i która niewyparzony język ma równie wielki jak serce, a potem tak go, sierotkę, porzucić na pastwę domysłów? Bo to tom pierwszy jest - niby dobrze, bo będzie więcej, ale i niedobrze, bo cierpliwość nie jest moją mocną stroną...

Książki nie odkładałam na później, nie wciągałam na legendarną, niekończącą się listę "muszę przeczytać, bo nie umrę spokojnie", ale zabrałam się za nią od razu. Już po opisie okładkowym wiedziałam, że są to zdecydowanie "moje klimaty". W tego typu awanturach zaczytywałam się od wczesnego dzieciństwa (może nie od niemowlęctwa, ale rodzinne podania głoszą, że zaczęłam niewiele później), począwszy od Makuszyńskiego, Przyborowskiego, Sienkiewicza. Niestety, od jakiegoś czasu ciężko mi natrafić na książkę w starym, dobrym stylu na poły wesołej, na poły wzruszającej gawędy o wspaniałych ludziach, wielkim patriotyzmie i szacunku dla tradycji. A tym razem wystarczyło mi nosem nad "Małgorzatą" pociągnąć i już wiedziałam, że znajdę tam hajduczka na miarę Baśki Wołodyjowskiej.

Nie chcę treści opowiadać, żeby Wam zabawy nie psuć, powiem tylko tyle, że jest sobie "panna potforra", jak ją potem jeden z bohaterów nazywać będzie, która najpierw działa, a potem dopiero myśli. Dziewczyna mieszka w Krakowie i w najbliższym czasie zamierza wyjść za mąż. Plany biorą w łeb, bo niespodziewanie pod drzwiami panny staje kolega szanownego narzeczonego, Bolek Długoszowski herbu Wieniawa (jeśli coś Wam to mówi, to mówi Wam dobrze!) i dostarcza list.

O tym, jak nie zadałam pytania Benedictowi Cumberbatchowi

Wiecie, że Benedict Cumberbatch był w Krakowie? A wyobrażacie sobie, że mnie mogło tam wtedy zabraknąć? :) No właśnie! :) Tak więc byłam, widziałam tę chudzinę na własne oczy, niemal samochodem mnie rozjechał, ale słowa zamienić z nim nie zdołałam, bo był chroniony niczym królowa angielska. Przed wszystkimi - nie tylko przed fanami, także przed dziennikarzami. Pojechałam tam jako wielbicielka (oczywiście!), ale też dziennikarka, żeby sobie w jakiś sposób sprawę ułatwić. Liczyłam na to, że uda mi się zadać mu kilka pytań - jeśli nie w trakcie osobnego wywiadu, to przynajmniej w chwili, gdy będzie szedł przed szpalerem kamer i mikrofonów zatrzymując się od czasu do czasu, by zamienić parę słów. Robi tak często, więc miałam prawo się łudzić, a co! Niestety, jedynego wywiadu udzielił dziennikarzowi z Tvn, a resztę czasu spędził na ukrywaniu się przed wszystkimi. 


Podziękowanie za wyróżnienie nagrodą "Pod Prąd"

Benedict przyjechał na Off Plus Camera - Międzynarodowy Festiwal Filmów Niezależnych. Wystąpił w charakterze członka kolektywu produkcyjnego SunnyMarch, który założył z przyjaciółmi w zeszłym roku. Wraz z nim pojawili się także dwaj Adamowie - Ackland i Selves, do kompletu zabrakło im tylko Bena Dillona. Pierwszym stworzonym przez nich obrazem jest krótkometrażowy film "Little Favour" i właśnie to dzieło przyjechali promować w Krakowie. Działalność SunnyMarch jest naprawdę ciekawym przypadkiem, a film, choć może dziełem specjalnie wybitnym nie jest, prezentuje się całkiem nieźle - a już zakończenie mocno wbija w fotel. Tak więc pytań miałam sporo (przy okazji, trochę off-topic, chciałam się dowiedzieć o to nieszczęsne stage door po "Hamlecie", na które podobno Pan Wielki Gwiazdor ma nie wychodzić). No i dowiedziałam się tyle co nic.


Centrum Festiwalowe w Pałacu Pod Baranami (foto moje)
Przyznać muszę, że zadanie wcale nie byłoby takie trudne, gdyby cały pobyt Cumberbatcha był zorganizowany trochę inaczej. Dziennikarzom naprawdę ułatwiano dostęp do gości, na wszelkie spotkania, wykłady, warsztaty, projekcje. Żałuję, że nie mogłam być w Grodzie Kraka przez cały czas trwania festiwalu - skoro jeden dzień był tak pełen wrażeń, to po tygodniu takich ekstremalnych przeżyć chodziłabym nieprzytomna ze szczęścia przez następnych kilka miesięcy. Miałam możliwość porozmawiać z każdym praktycznie gościem, z wyjątkiem tego, na którym mi najbardziej zależało. 

J.D. Landis "Dagny. Życie i śmierć"


"Chciała być pianistką, została pisarką. Kochało ją wielu mężczyzn, ona tylko jednego. Pragnęła być dla niego tą jedyną, stała się jedną z licznych. Uwieczniono ją na wielu portretach jako femme fatale, ale czy naprawdę nią była? Jak wyglądało życie słynnej Norweżki, Dagny Juel Przybyszewskiej, która zawładnęła sercami i umysłami berlińskiej oraz krakowskiej bohemy? Dlaczego Strindberg jej nienawidził, a Munch kochał z oddali? Jaki wpływ miała na Żeleńskiego, Wyspiańskiego i innych młodopolskich twórców? Dlaczego Stanisław Przybyszewski, dla którego była duchem, duszą i Duchą, szukał innych kobiet? J.D. Landis w swej niezwykłej powieści przedstawia losy Dagny widziane oczami młodego studenta Władysława Emeryka. Ten wielbiciel i akolita Przybyszewskiego był szaleńczo zakochany w jego żonie, a z czasem stał się też jej powiernikiem. Z jego relacji poznajemy emocje, rozterki i cierpienia kobiety żyjącej na przekór konwenansom, a także jej twórczość i poszukiwania, w których wykraczała poza swoją epokę. Była bowiem nie tylko uwielbianą przez mężczyzn boginią, ale i wyzwaniem intelektualnym, któremu niewielu umiało sprostać."

O tym, że Dagny Przybyszewska fascynowała mnie od dawna mogliście przeczytać jakiś czas temu w artykule, który jej poświęciłam. Ta rudowłosa piękność, inteligentna, dowcipna i pyskata miała w sobie jakiś magnetyzm, który nie pozwalał przejść obok niej obojętnie. Jej bardzo skomplikowany charakter nie przeszkadzał artystom berlińskiej i krakowskiej bohemy w całowaniu śladów jej stóp, w opętańczym zakochiwaniu się w niej. A co nieraz za tym idzie, w nienawidzeniu jej z czasem całą duszą. 

Obsesję jaką wywoływała można w pewnym sensie tłumaczyć tym, iż jej mąż był przez artystów wielbiony do granic przesady, uznawany niemal za bóstwo. Opętani przez niego zwracali swoje oczy na jego piękną żonę i widzieli w niej to, co chcieli widzieć - wróżkę, czarodziejkę, boginię, bo wydawało im się, że taką widział ją Stanisław Przybyszewski. Ale on na nikogo nie patrzył w ten sposób, bo był zbyt pochłonięty przez ból istnienia, przez demony ekspresji, przez niszczącą poezję. Zawsze, gdy myślę o nim i o jego satelitach, błądzących w poszukiwaniu chwili z nim spędzonej, nie potrafię odnaleźć w śladach, które po sobie zostawili nawet odrobiny światła, szczęścia, spokoju - wszędzie ciemność, duchota, szaleństwo. Można się w tym zanurzyć na chwilę, z ciekawości, ale zaraz ma się ochotę zaczerpnąć powietrza i spojrzeć na zielone liście na drzewach i na stokrotki w trawie. 

Targi Książki w Krakowie? O wiele, wiele więcej!

Wszyscy już o Targach Książki w Krakowie napisali, tylko mnie jakoś nie idzie. Najchętniej stworzyłabym tekst o tym, co mnie zachwyciło, oczarowało, co mnie fascynowało podczas tych trzech cudownych dni, ale wówczas niewiele miejsca poświęciłabym samym Targom. Chociaż... trzeba być sprawiedliwym: gdyby nie one, to do Krakowa wcale bym nie pojechała, wielu cudownych ludzi bym nie poznała, książek stosu bym do domu nie przytachała i osoby swojej w słoneczku bym nie wygrzała (spędzając weekend w miejscu zamieszkania zapewne nie chciałoby mi się nosa znad książki wystawiać). Ok, będzie w takim razie o Targach. Trochę:)


Z jedną walizką (na kółkach - w drodze powrotnej miałam ochotę uściskać wynalazcę) dotarłam wczesnym piątkowym popołudniem na ulicę Długą, gdzie wcześniej znalazłam bardzo miłe miejsce na nocleg. Niby nic nadzwyczajnego, ale osobista łazienka w pokoju wszystko mi wynagrodziła. Poza tym lokalizacja znakomita, mogłam trzy razy dziennie biegać, żeby się przebrać (nie, żebym miała bzika na punkcie ubioru, po prostu pogoda była tak zaskakująca, że wychodząc rano w swetrze po południu nie było się w stanie w nim wytrzymać i trzeba się było po krótki rękaw fatygować).

W momencie, w którym znalazłam się na ulicach Krakowa wiedziałam już, że ciężko będzie mi wsiąść w tramwaj i pojechać na Centralną, ciężko będzie zrezygnować z Rynku, z Wawelu i innych miejsc przyprawiających mnie o szybsze bicie serca. Resztę dnia spędziłam wchłaniając w siebie atmosferę niespotykaną nigdzie indziej. Odwiedziłam dziedziniec Collegium Maius, na którym do tej pory jeszcze nie byłam, a poza tym po prostu wędrowałam ulicami szczerząc się do przechodniów. Posiedziałam też trochę w moim ulubionym miejscu przeznaczonym do medytacji, czyli na fontannie przed Kościołem Mariackim (pasującej do Rynku jak wół do karety, ale ustawionej w świetnym punkcie).

O tym, jak Henryk Walezy wcale nie chciał być królem

Wiosną 1519 roku, równo dwanaście miesięcy po koronacji Bony Sforzy na królową Polski, Wawrzyniec Medyceusz, młody władca Florencji, został ojcem. Niestety, maleńka Katarzyna niemal od razu została sierotą. Matka nie przeżyła połogu, a Wawrzyniec (z którym Niccolo Machiavelli wiązał wielkie nadzieje i dedykując mu "Księcia" liczył na to, iż to właśnie ten członek jednego z najpotężniejszych włoskich rodów zdoła zjednoczyć wszystkie księstwa Italii) zmarł na syfilis niespełna miesiąc później. Dziewczynkę wychowywał stryj, papież Klemens VII, który niemal od początku zastanawiał się nad korzystnym mariażem swojej podopiecznej. Myślał, myślał, aż wymyślił księcia Orleanu, drugiego syna króla Francji.

Henryk Walezjusz był rówieśnikiem Katarzyny - pobrali się, gdy oboje mieli po 14 lat. Ona zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, on był raczej obojętny - nie minął rok, a delfin już romansował na całego ze starszą o 20 lat Dianą de Poitiers (kto czytał Dumasa na pewno pamięta świetną powieść awanturniczą "Dwie Diany"). Jakiś czas później mąż Katarzyny został królem Henrykiem II. Mieli razem całą masę dzieci, z których aż trzech synów włożyło na skronie koronę.

Opowieść o każdej postaci, która przewinęła się przez karty historii może być intrygująca i niesamowicie wciągająca. Gdybym pisała w tej chwili tekst o Katarzynie Medycejskiej przeczytalibyście w jego dalszej części o Nostradamusie i jego złowrogich, a jednocześnie prawdziwych przepowiedniach, o Nocy św. Bartłomieja, o sieci szpiegów w spódnicach, zgrabnych nogach królowej i damskim siodle do jazdy konnej. Nie przeczytacie jednak, ponieważ tekst będzie o kimś zupełnie innym. Postać Katarzyny jest dla mnie w tej chwili ważna, ponieważ była ona matką Henryka Walezego. A moja opowieść będzie właśnie o nim, a dokładniej o tym, co nawyrabiał, gdy został władcą Polski.


Édouard Debat-Ponsan, Katarzyna ogląda efekty Nocy św. Bartłomieja
Mamusia była istotą o niezwykle silnym charakterze. Postanowiła, że każdy z jej synów będzie królem i niemal udało jej się dopiąć swego. Koronę Francji założył najpierw najstarszy, a po jego rychłej śmierci młodszy - Karol. Katarzyna nie spodziewała się, że po czternastu latach panowania także i on osieroci ojczyznę pozostawiając władzę następnemu bratu, zaczęła więc robić co w jej mocy, by swego trzeciego w kolejności męskiego potomka posadzić na tronie jakiegoś innego państwa. Nie udało się z Anglią, Szkocją, a nawet Algierią, w końcu padło na Polskę.

Majówka, czyli wszystko co dobre szybko się kończy

Dawno już nie byłam tak zadowolona z tego, jak spędziłam kilka wolnych dni. Zwykle zbiera się masa spraw do załatwienia, pełno kurzu do usunięcia, szaf do posprzątania, okien do umycia - wymieniać można długo. A potem nagle okazuje się, że wolne chwile są już tylko wspomnieniem, a wielkie plany dotyczące wypoczynku nadal pozostają planami. Tym razem udało mi się jakoś zorganizować i spędzić długi majowy weekend tak, jak sobie to wymarzyłam, a nawet jeszcze lepiej.

Przede wszystkim nie planowałam nigdzie jechać, ale dzięki luźno rzuconemu pomysłowi i szybkiej jego realizacji prawie z marszu spakowałam rodzinkę i pojechaliśmy na dwa dni w nasze ulubione miejsce, czyli do Krakowa. Prognozy pogody nie były optymistyczne, mieliśmy więc plan A i tzw. plan alarmowy, czyli plan B. W środę pogoda, choć niezbyt rozpieszczająca ciepełkiem, była jednak znośna i plan podstawowy dotyczący tego dnia został zrealizowany w stu procentach. Nieważne, że nie udało mi się zaprezentować na krakowskim Rynku nowych sandałków. Nie padało, więc wszystkie marzenia mojego Bąbla zostały spełnione.

Mimo tego, iż każdy zakamarek zoo poznał już jakiś czas temu, także i tym razem oświadczył, że zwierzaki punktem głównym wycieczki muszą być. Wdrapaliśmy się więc do wysoko położonego zwierzyńca, zarejestrowaliśmy optymistyczny fakt powstawania pawilonu dla żyraf, których bardzo w tym miejscu zawsze brakowało, pogadaliśmy z Aslanem (lwem), Marlenką (wydrą), królem Julianem (lemurem) i innymi futrzakami, z których prawie każde zostało przez Bąbla ochrzczone imieniem z filmu lub książki i ruszyliśmy wreszcie w niepoznane jeszcze rejony. A dokładniej w kierunku kopca Piłsudskiego - tam do tej pory nie byliśmy. Trochę wiało, a widoczność nie była najlepsza, ale szczyt udało nam się zdobyć:) Po obiedzie Bąbel pomknął na hulajnodze przez krakowskie uliczki, a my pomknęliśmy za nim z językami na brodach. Przemknęliśmy w ten sposób przez Rynek, Grodzką, a potem bulwarem pod Wawelem. Na szczęście łaskawie pozwalano nam chwilami odpocząć. Na koniec jeszcze spacerek Plantami. Byłam mocno zmęczona fizycznie, ale psychicznie odpoczęłam znakomicie.


Agnieszka Lisak "Życie towarzyskie w XIX wieku"



"Niby tak dużo już wiemy o życiu towarzyskim w XIX wieku, ale Agnieszka Lisak znów udowadnia, że pozory mylą. Zdziera puder z pięknych twarzyczek i zagląda pod spódnicę. Przy okazji zabiera czytelnika na pokazy iluzjonistów, by obejrzeli najnowsze osiągnięcia dziewiętnastowiecznej magii, na seanse spirytystyczne, na pokaz cudu natury w postaci braci syjamskich i baby z wąsami. Jest i strasznie, i śmiesznie. Bo taka już autorki natura, że lubi pośmiać się z przodków, a nieobecni jak zawsze nie mają racji. Jeszcze lepiej jednak, gdy można pośmiać się z nich razem z czytelnikiem."

Takie książki to skarb bezcenny. Nie tylko dlatego, że są książkami (jak zapewne większość z Was zdążyła się zorientować każdy tom, który mam na swoich półkach jest dla mnie na wagę złota), a tym samym ozdobą moich czterech kątów, moją dumą i radością. Przede wszystkim dlatego, że tak doskonale pomagają mi przenieść się w czasie do epoki, którą opisują, wyobrazić sobie życie ludzi istniejących w przeszłości, a przecież dokładnie takich  jak ja. Dają mi możliwość namacalnego wręcz uzmysłowienia sobie, że nie byli oni tylko postaciami na papierze, ale że patrzyli na świat takimi samymi oczyma jak moje, mieli takie same ręce i nogi, tak samo marzyli, czuli. Mogę ich niemal dotknąć, bo wyobraźnię mam mocno wizualizującą:) Mogę z nimi porozmawiać o tym, co zajmowało ich myśli, bo dzięki takim książkom mam o tym pojęcie.

Wracam do tych pozycji co jakiś czas, przeglądam, podczytuję, pochłaniam klimat dawnych lat. Dlatego zawsze mam pod ręką "Miłość staropolską" - poprzednią książkę Agnieszki Lisak, dlatego też "Życie towarzyskie w XIX wieku" będzie zawsze leżało w bliskiej okolicy mojego biurka i ukochanego fotela z lekka szalonej czytelniczki.

XIX wiek to epoka, o której czytać lubię najbardziej. W jakiejkolwiek formie. Podręczniki do historii, rozprawy naukowe o literaturze, poematy, biografie, powieści historyczne, obyczajowe, fantastyczne, publicystyka - cokolwiek wpadnie mi w ręce długo się w dziewiczym stanie nie uchowa. Sprawili to zapewne poeci romantyczni, których twórczość i życiorysy upodobałam sobie już w szkole podstawowej, potem nauka historii, fascynacja malarstwem impresjonistycznym, wreszcie ukochanie angielskiej literatury wiktoriańskiej. Skończyło się na tym, że w snach najczęściej ląduję w  malarskim atelier Degasa lub Renoira, piję zdrowotne wody w XIX-wiecznym Bath lub pomykam na koniu obok adiutanta generała Langiewicza. Zdarza mi się także przebywać w ramionach twórcy "Giaura" wpatrując się w jego szaroniebieskie, byronowskie oczy i długie rzęsy (ale to tajemnica, więc nie rozgadajcie!).

Krakowskie weekendowe impresje

Dwa dni w Krakowie wypełnione bieganiną, gwarem, kolorem, magią, radością dziecka... Kochamy to miasto, bo jest dla nas źródłem niewyczerpanego zachwytu, ciągłego odnajdywania nieoczekiwanego, miejscem znanym i uwielbianym, a jednocześnie tajemniczym i zawsze zaskakującym. Niefortunnie trafiliśmy na dzień otwarty muzeów, a że kolejki w niektórych miejscach były z tego powodu kilometrowe, nie udało nam się wejść wszędzie tam, gdzie planowaliśmy. Nic to, i tak wrażeń mieliśmy sporo. Przecież to, co najważniejsze, jest zawsze do naszej dyspozycji - rycerze zaklęci w gołębie, którzy łaskawie dają się nakarmić, smok wawelski, za każdym razem usiłujący nas wystraszyć, hejnał mariacki, którego staramy się nie słuchać, bo momentalnie przenosi nas do oblężonego przez Tatarów średniowiecznego miasta... Zawsze możemy liczyć na pogodę, która wydobędzie z budynków i krakowskich bruków magię - tym razem była to mgła gęsta jak pianka - w sobotę i przepiękne słońce wyzłacające to, co jasne - w niedzielę.

Na Wawel się nie dostaliśmy, bo listopad to miesiąc darmowych wejściówek i trzeba mieć żelazne nerwy, dużo czasu i ciepłych ubrań, żeby się na nie załapać - kolejki stoją już podobno od ok. 5.30 rano... Królewska siedziba nigdzie się jednak nie przenosi, więc jeszcze nie raz ją nawiedzimy.