Powiew historii znad XVII-wiecznych Niderlandów - "Skrzydła nad Delft"


Jan Vermeer, Widok Delft (ok. 1661)

"Odkąd w haskim muzeum zobaczyłem Widok Delft, wiem, że widziałem obraz najpiękniejszy na świecie."
Marcel Proust, 1921

Moim skromnym zdaniem egzaltacja pana Prousta była troszeczkę przesadzona, niemniej jednak nie mogę zaprzeczyć, że obraz Vermeera działa na mnie hipnotyzująco. To cudowny przykład genialnego odtworzenia na płótnie przestrzeni pełnej powietrza - patrzę i mam ochotę wziąć głęboki oddech. Odtworzenie z detalami zabudowań Delft, niewielkiego miasta niderlandzkiego, w którym Vermeer żył i tworzył, jest nieprawdopodobne przy tak wielkiej pustej przestrzeni - jednak w momencie, gdy udaje mi się oderwać wzrok od chmur i wody, zaczynam dostrzegać bogactwo urbanistycznych szczegółów. Obraz jest nietypowy dla malarza specjalizującego się w scenkach rodzajowych, których akcja toczyła się w czterech ścianach, co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. Przy tym wszystkim "Widok Delft" wydaje się być zapowiedzią impresjonizmu, który narodzi się wiele lat później pod paryskim niebem. To tyle, jeśli chodzi o zarzucanie komuś popadania w egzaltację :).

Delft było dla mnie do niedawna niepozornym miasteczkiem, jakich wiele na niderlandzkiej ziemi. Kojarzyło mi się właśnie z Vermeerem i jego obrazem, a także z porcelaną, której produkcja rozsławiła to miejsce na całym kontynencie. Dzięki książce, po którą ostatnio sięgnęłam (wcale nie licząc na fajerwerki), dowiedziałam się o tym niezwykłym miejscu o wiele więcej.



"Skrzydła nad Delft" to opowieść o młodej dziewczynie, którą poznajemy w przełomowym momencie jej życia. Louise, córka niezwykle uzdolnionego i cenionego projektanta wzorów na porcelanie, ma tylko jedno marzenie - nie zostać zmuszoną do poślubienia człowieka, którego nie kocha, a najlepiej nie być zmuszaną do małżeństwa w ogóle. Pragnie poświęcić się badaniu gwiazd, zgłębianiu tajemnic nauki, poznawaniu świata i towarzyszeniu ojcu w podróżach biznesowych. Niestety, ma pecha, gdyż jest spadkobierczynią jednej z największych fortun w mieście i jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, żeby dać jej możliwość wybrania sobie przyszłości. A przynajmniej tak jej się wydaje. Całe Delft oczekuje, że jej małżeństwo z synem jednego z największych producentów ceramiki w Niderlandach da początek firmie, która rozsławi miasto na całym świecie. Louise czuje się zobligowana do podporządkowania się tym nadziejom, choć tak bardzo pragnie wolności.

 Wydawać by się mogło, że będzie to kolejna opowieść o tym, jak młode dziewczę buntuje się przeciwko konwenansom, odnajduje miłość w ramionach biednego chłopca, a siła tego uczucia doprowadza do przełamania barier. I wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nic bardziej mylnego.


Książka Aubrey'a Flegga, choć niepozorna, daje czytelnikowi całkiem wyczerpujący, a przy tym malowniczy opis życia w XVII-wiecznym niderlandzkim mieście. Tło obyczajowo - historyczne zostało przedstawione intrygująco, a przede wszystkim niezwykle sugestywnie. A uwierzcie mi, że pod tym względem ciężko mnie zadowolić. Atmosfera miasta, w którym życie toczy się niespiesznie, dość pogodnie i spokojnie, opisana przez pisarza mniej utalentowanego, mogłaby zanudzać na śmierć. Flegg jednak stanął na wysokości zadania i oczarował mnie powolną, a przy tym niezwykle bogatą w szczegóły narracją. Względna tolerancja religijna, która utrzymywała się na równym poziomie pod warunkiem, że ludzie innego wyznania zbyt nachalnie nie obnosili się ze swoimi obrządkami, klimat racjonalizmu coraz bardziej wpływającego na umysły ludzkie, a co za tym idzie, na rozwój nauki i chęć dążenia do zdobywania wiedzy, a to wszystko na tle pozytywnego nastawienia do życia i do bliźniego - właśnie w taką inspirującą rzeczywistość zatopiłam się już od pierwszych stron lektury.

Oczywiście echa niepokojów religijnych, które przetaczały się przez Europę, docierają i do Delft, nie do końca jest więc tak sielankowo, jak mogłoby się wydawać z powyższego opisu. Początkowo spokojnie, bez pośpiechu, towarzyszymy Louise w wędrówkach po mieście, w którym czuje się bezpiecznie, mimo iż w każdej mijanej twarzy dostrzega oczekiwanie na jej mariaż z Reynierem, spadkobiercą fabryki porcelany. Wraz z nią zachodzimy do pracowni malarskiej mistrza Haitinka, który ma namalować jej portret zaręczynowy. I ten wątek staje się dominantą, odciąga naszą uwagę od niepozornego, choć w efekcie istotnego, motywu miłosnego i od dziewczyny, której wydaje się, że cały świat zmusza ją do czegoś. 

Pracowania malarska, farby, alchemiczne akcesoria - to wszystko sprawia, że zanurzamy się w magii.  Obserwujemy, jak na białym płótnie, dzięki niezwykłym i tajemniczym składnikom, pojawia się arcydzieło. I wcale, ale to wcale nie chciałoby się nam z tej pracowni wychodzić, gdyby nie to, że na zewnątrz czeka na nas równie fascynująca kraina opisana lekko, bez przeładowania zbędnymi szczegółami, a mimo to oddająca znakomicie atmosferę holenderskiego złotego wieku.

Mistrza Jacoba Haitinka ze świecą szukać w spisach ówczesnych malarzy, gdyż powstał on w wyobraźni Flegga. Bardzo odpowiada mi pomysł autora, by nie wsadzać do powieści Veermera, kolejnej postaci historycznej, która przede wszystkim odciągałaby uwagę czytelnika od miasta, fabryki porcelany, stosunków między katolikami i protestantami, życia ówczesnych kobiet, od całego tła społeczno - obyczajowego, tak ważnego dla tej książki. W momencie, gdyby w pracowni malarskiej swoje pędzle i składniki do sporządzania farb rozłożył mistrz Johannes, mówiłoby się tylko o tym, że "Skrzydła nad Delft" są kolejną, po "Dziewczynie z perłą", powieścią o nim i o jego twórczości. Irlandzki pisarz sprytnie zdołał tego uniknąć, dzięki czemu nie skupiamy się na postaci malarza, ale na całym procesie twórczym, na magii świata, który nieodwracalnie przeminął. Obserwujemy, w jaki sposób tworzyło się kompozycję, która następnie była przeniesiona na płótno, z jakich składników powstawały farby, z zaskoczeniem stwierdzamy, że bycie malarzem było jednoznaczne z koniecznością znajomości tajników chemii. 

Dzięki odsunięciu punktu ciężkości od postaci malarza, autor "Skrzydeł nad Delft" mógł z powodzeniem, nienachalnie, wprowadzić do swojej powieści wiele innych, znanych nam z historii, nazwisk. Spotykamy młodego Benedicta Spinozę, zwanego jeszcze wówczas Baruchem, wiele słyszymy o tworzącym w Amsterdamie Rembrandcie, a przede wszystkim stajemy w progu domu Carela Fabritiusa, stając się świadkami powstawania jego uroczego portretu małego szczygła. 


Carel Farbitius, Szczygieł (1654)

Data, która widnieje na obrazie, jest bardzo znamienna. 1654 był rokiem tragicznym dla Delft. 12 października miastem wstrząsnęła olbrzymia eksplozja trzydziestu ton materiałów wybuchowych składowanych w prochowni. "Piorun nad Delft" zniszczył sporą część zabudowań i pozbawił życia wielu obywateli, w tym mistrza Carela Fabritiusa. O tym wydarzeniu Aubrey Flegg opowiada delikatnie i z wyczuciem. Mamy wrażenie, że nie jest to dla niego odległe echo historyczne, ale coś, co mocno wpłynęło na niego i jego postrzeganie świata. Wątki, z taką umiejętnością splatane w intrygującą całość, mają zaskakujące, świeże zakończenie.

Nie spodziewałam się wiele po tej powieści, dzięki temu niespodzianka była większa. Całkowicie zawładnął mną niderlandzki świat pełen barw i światła, gwaru miejskiego targu, trzepotu skrzydeł mew szybujących nad rzeką, zapachu farb w pracowni geniusza, a przede wszystkim życia dziewczyny takiej jak ja, która użycza mi swoich oczu rozjaśnionych pragnieniem poznawania i uczenia się, oprowadzając mnie po świecie, w którym miała szczęście żyć.


Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 256 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 978-83-61989-82-0





25 komentarzy:

  1. Taka książka, to coś dla mnie :) Polecam Ci również książkę "Moulin Rouge" - Pierre La Mure - opis twórczości Henri de Toulouse-Lautrec, którego bardzo polubiłam, właśnie przez tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że jak już po nią sięgniesz, to Ci się spodoba. Nie jest to oczywiście La Mure, którego styl kocham miłością niemal tak wielką jak Irvinga Stone'a, ale bardzo cenię książki historyczne sugestywnie ukazujące życie w dawnych czasach bez nachalnego przeładowania faktami, datami, życiorysami. Fleggowi się to udało, cieszę się więc, że trafiłam na tę niepozorną objętościowo, choć uroczo wydaną, książeczkę.

      "Moulin Rouge" należy do tych powieści, za którymi skoczyłabym w ogień, żeby je wyciągnąć z płomieni ;) Zresztą wszystkie powieści tego pisarza należą do tej kategorii ;)

      Usuń
  2. Wspaniała recenzja! Już zapisuje sobie tytuł bo książka jak najbardziej w moim typie;)
    Pozdrawiam!
    pokolenie-zaczytanych.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Mam nadzieję, że szybko ją "dorwiesz" i że spodoba Ci się tak samo, jak spodobała się mnie. Pozdrówka!

      Usuń
  3. Bardzo ciekawie skomponowałaś drugie zdjęcie, pomysłowo!
    Oj, marzy mi się czasem oderwanie od moich tematów i taka literacka podroż na przykład przez Niderlandy. A tymczasem ciągle tkwię w XIX stuleciu, na Kresach, (czasem w Krakowie), ale... po namyśle dochodzę do wniosku, że tam mi najlepiej.
    Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idealna okazja, by się wreszcie pochwalić wyhaftowanym dziewięć lat temu Vermeerem :):):)

      Oj tam, oj tam, krótka wycieczka w odwrotnym kierunku nigdy nie zaszkodzi:)
      Okazja do pytania, które mnie nurtuje - czy pisząc książkę czytasz tylko to, co dotyczy "Twojego" tematu, czy też czasami bierzesz do ręki książkę zupełnie niezwiązaną z tym właśnie dziewiętnastym wiekiem?
      Uścisków moc!

      Usuń
    2. Czasem robię małą ucieczkę w inne światy, ale zaraz potem wracam do XIX stulecia. Bez poczucia winy, że coś mi ucieka, bo w tym moim XIX, tak mi znanym i bliskim, jeszcze tyle do odkrycia! :-))

      Usuń
  4. Czuję się zachęcona, lubię Vermeera, lubię obyczajowo- historyczne tło w powieści i nie lubię romansów, a jak widzę, ta książka romansem nie jest. A po wycieczce do Amsterdamu zamarzyło mi się odwiedzenie Delft, a przed odwiedzeniem ogromnie lubię wspomóc się literaturą. Pięknie napisałaś o obrazie Vermeera o przesyceniu powietrzem i naprawdę aż się chce odetchnąć pełną piersią patrząc nań. No i szczere umiejscowienie pisarza nieco za La Murem i jeszcze dalej za Stonem - i od razu wiem, czego się spodziewać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, zdecydowanie nie jest to romans. Wątek miłosny jest ważny o tyle, o ile ukazuje różnice społeczne miedzy rzemieślnikami a czeladnikami na przykład. I nie jest eksponowany, jest tyle ważniejszych rzeczy:) Delft jest dobrze ukazane i choć nie ma tu jakiś monumentalnych opisów, to bardzo łatwo wszystko sobie wyobrazić.
      Naprawdę wybierasz się do tego miasta? Rewelacja! Może uda Ci się znaleźć choć jeden budynek z tych uwiecznionych przez Vermeera na obrazie :)

      Wiesz, ja tam między La Mure'a i Stone'a wsadziłabym kilka nazwisk, a między Flegg'a a La Mure'a jeszcze więcej, ale nie umniejsza to wcale mojej sympatii do Irlandczyka i do oczekiwania z utęsknieniem na inne jego książki, które może kiedyś ktoś u nas wyda.

      Usuń
  5. O i takie rzeczy to ja lubię :) Ładnie tu, ale tak jakoś... w ogólnie nie zielono?

    Pozdrawiam,
    Kinga

    Blog o książkach Literutopia.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielono to u mnie w głowie jest, jak u Wierzyńskiego :) :)
      Dziękuję, że zajrzałaś, mam nadzieję, że znajdziesz jeszcze inne teksty, które Ci się spodobają.
      Pozdrówka wesołe!

      Usuń
    2. Postarałam się dodać więcej zieleni ;) Zobaczymy, czy się przyjmie ;)

      Usuń
  6. Zwykle z radością sięgam po książki o malarzach, bo przekonałam się już, że tematyka powieści łączącej ze sobą historyczną panoramę społeczno obyczajową oraz wrażliwość artystyczną malarza i jego spojrzenie na świat, bardzo mnie porusza i rozbudza moją wrażliwość. W trakcie czytania Twojej recezji przypomniałam sobie książkę "Dziewczyna z perłą" i mimowolnie uciekłam w tamte klimaty, uśmiechając się sama do siebie na wspomnienie niesamowitej harmonii splatających sie ze sobą obrazów z codziennego życia ludzi i pasji twórczej Vermeera. Oby więcej takich książek, które miast karmić czytelników tanimi romanasmi rozbudzają w nich głębsze emocje i pozostawiają wrażenie, jakby się właśnie wróciło z podróży w czasie, w której oddychało się powietrzem tamtych lat i obserwowało się żyjących wówczas ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja też uwielbiam książki o malarzach! Pasjami! Niemniej jednak uważam, że dołożenie tutaj Vermeera byłoby niepotrzebnym odciąganiem uwagi od całego przebogatego tła obyczajowego. Stworzenie Haitinka było genialnym pociągnięciem. W pewnym sensie jego postacią autor trochę zganił Vermeera, bo w usta mistrza Jakuba włożył słowa, iż używanie camera obscura nie jest godne malarza :) :)

      Usuń
  7. Swietna recenzja! Uwielbiam tego typu powiesci. Juz zaczynam poszukiwania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się trafić z podpowiedzią ;)

      Usuń
  8. Ach, i ten szczygiel! Najnowszą Donnę Tartt juz w Polsce wydali?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia powstawania tego obrazu jest w świetny sposób opisana w tej książce.

      Nie, Tartt nie ma jeszcze, nawet nie obiło mi się o uszy, żeby ktoś miał to wydawać, ale zapytam w Zysku - oni ją wydawali jakiś czas temu. Lubisz? Kiedyś miałam sięgnąć po "Sekretną historię", ale jakoś mi umknęło.

      Usuń
  9. I takie klimaty uwielbiam....i Ciebie... za odkrywanie takich perełek:)
    Ściskam i dziękuję.
    Cedra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też uwielbiam takie klimaty - bardzo się cieszę, że trafiłam na tę książkę.

      Usuń
  10. Ja trochę żałuję, że nie ma tu Vermeera. Może wówczas książka byłaby popularniejsza i polski wydawca skusiłby się na inne powieści tego autora. Czytałam te książkę - zgadzam się z każdym Twoim słowem, jakbyś mi je z ust wyjęła. Jest urocza, piękna i mądra. A Twoja recenzja jest jej godna. Eli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bardzo się cieszę, że wpadła w moje ręce :)

      Usuń
  11. Nie spotkałam się z tym tytułem - tym bardziej mnie cieszy:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Niestety, ale bardzo się rozczarowałem powieścią"Skrzydła nad Delft". Jak miałbym porównać ją ze skończonym obrazem malarza, to jest szkic owego obrazu.W książce jest zbyt dużo niedopowiedzeń. Autor zupełnie nie nakreślił portretu rodziny de Vriesów. Poznajemy tylko Reyniera de Vriesa, sukcesora znanej rodziny wytwórców ceramiki. Rodziny chcą się połączyć, przede wszystkim we wspólnych interesach. Ale węzłem scalającym ma być małżeństwo Luisie Eeden z Reynierem de Veries. Typowe małżeństwo z rozsądku, czemu od początku sprzeciwia się Luisie. I dobrze. Jej przyszły narzeczony chce Ją posiąść podstępem i oszustwem. O rodzinie Eedenów wiemy więcej. Ojciec jest znanym dekoratorem ceramiki. Matka jest ciężko chora. Luisie wychowuje, antypatyczna od samego początku, niania Annie. Luisie przychodzi do mistrza Heitinga, aby namalował jej portret. Dowiadujemy się, że malowanie obrazu, to jest żmudna praca. Ciekawą postacią jest czeladnik Heitinka Pieter. Postać Spinozy jest zaledwie nakreślona. A znajomości panów Eedena i Spinozy musimy się tylko domyślać. A już poruszanie przez młodą Luisie zagadnień filozofii Arystotelesa trąci myszką. Nie wiemy bowiem gdzie i kiedy pobierała jakiekolwiek nauki. Wyróżniającą postacią jest Pieter. Przy końcu powieści znika zupełnie mistrz Haitink. W sumie odniosłem wrażenie, że powieść mogła być bardziej rozbudowana i bardziej wielowątkowa. A tak mam poczucie niedosytu i szkicowości powieści. Szkoda. Nasunął mi się jeszcze jeden wniosek. Nigdy nie czytaj sugestii z okładki. To zawsze jest tylko reklama.

    OdpowiedzUsuń