Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Armitage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Armitage. Pokaż wszystkie posty

Bohater dwuznaczny, wkurzający, a do tego pyskaty? Coś wspaniałego! - czyli pogaduchy z Magdaleną Knedler (odcinek 2)

Miał to być normalny wywiad - parę pytań do Magdaleny Knedler, autorki powieści Pan Darcy nie żyje (premiera: 9 IX 2015 r., Wydawnictwo Czwarta Strona, recenzja: TUTAJ). Jednak już po kilku pierwszych zdaniach okazało się, że rozmowa od normalności będzie odbiegać dość daleko. Zamiast regularnej, profesjonalnej i zrównoważonej konwersacji powstała tasiemcowa pogaducha dwóch postrzelonych pasjonatek. 

Jakiś czas temu uszczęśliwiłyśmy Was pierwszą częścią naszej rozmowy (zapraszam TUTAJ). Tych z moich Czytelników, którzy stracili już nadzieję na dalszy ciąg, najserdeczniej przepraszam. Nie wyjechałam do Anglii, nie wyszłam za mąż za Richarda Armitage'a, nie spadłam z dachu. ;) Jestem tu nadal, musiałam tylko przez jakiś czas poświecić całą swoją uwagę kolejnemu rozdziałowi mojego życia. Mam nadzieję, że okres, w którym nie miałam czasu na pisanie minął bezpowrotnie.

Chcecie dowiedzieć się, co Magda myśli o ewentualnym małżeństwie Darcy’ego z Jane Bennet? Ciekawi Was, kto - być może - będzie przedkładał lekturę powieści Coelho nad poezję Byrona? A może chcielibyście wiedzieć, co łączy mnie z detektywem Valentim, jednym z bohaterów występujących w Panu Darcy’m? Dla każdego coś miłego – sporo o dziewiętnastowiecznej literaturze, o potyczkach autorki z natchnieniem, a na deserek Loki, Iron Man i teorie spiskowe dotyczące wody. Pół-żartem, pół-serio. No, może ćwierć-serio.


Dzika przyroda w romantycznym wydaniu -
Autorka Pana Darcy'ego czuje się w takim otoczeniu jak ryba w wodzie (fot. Anna Mruk).

Oddaję w Wasze ręce drugą część rozmowy z Magdaleną Knedler. Okraszoną obrazkami, więc nie powinniście się nudzić. Są wśród nich wspaniałe fotografie, na których bohaterka niniejszego tekstu oraz Marta z Buduaru Porcelany (obie wystrojone w kiecki - autorstwa Marty, rzecz jasna! - na widok których sama Jane Austen zapiszczałaby z zachwytu), odgrywają dla Was role Jane i Lizzy Bennet. A może raczej Rosie Hinds i Zoe Alcott?

Bawcie się dobrze!


"Niewart nawet jednego tańca - nie jest na to dość przystojny" - rozwiązanie konkursu z panem Darcy'm

Mam nadzieję, że mieliście równie wielką frajdę z wyszukiwania aktorów, którzy mogliby zagrać Darcy'ego w kolejnej, ewentualnej ekranizacji "Dumy i uprzedzenia", jak ja z wyobrażania sobie Waszych kandydatów w kostiumie i z odpowiednim wyrazem twarzy. Zachwyt przeplatany zadziwieniem, doprawiony szczyptą sceptycyzmu - mówię Wam, bezcenne! 

Aktorzy młodzi lub bardziej dojrzali, żółtodzioby lub starzy wyjadacze, przystojni lub charyzmatyczni - nazwiska wspaniałe, uznane oraz dopiero wybijające się z tłumu, a wszyscy warci uwagi. I pomyśleć, że każdego z nich, gdyby wcielił się w kultową rolę z powieści Austen, pani Bennet określiłaby jako niewartego nawet jednego tańca! :) Ja zdecydowanie zatańczyłabym z każdym. I choć Darcy uważał, że niegodziwe są wszelkie sztuczki, do jakich zniżają się niektóre kobiety, chcąc zwrócić na siebie uwagę mężczyzny, to mam nadzieję, że moich drobnych i niewinnych ;) podstępów nie określiłby tak dosadnie. 

Kogo wybrałyście? Bezapelacyjnie zwyciężył Richard Armitage. Były też głosy, że 44 lata to zbyt poważny wiek, by odtwarzać rolę młodzieńca przed trzydziestką, niemniej jednak fakt jest faktem - Richie wygląda wspaniale i kiedy chce wyglądać młodo, to po prostu wygląda i tyle. Nieprzeciętnie utalentowany, wysoki, szczupły, ciemnowłosy, o oczach tak niebieskich, że niemal turkusowych! :) - zdecydowanie skradłby cały film, tak jak to zrobił w przypadku "Północy i Południa". 




O pięknie, czyli głównie o mężczyznach ;)

Przez ostatnie kilka dni spotykałam różnych ludzi, z wieloma rozmawiałam. Mam nadzieję, że nikt z nich się nie zorientował, że snuję się po okolicy jedynie ciałem, bo mój duch przebywa w zupełnie innych miejscach. Konkretniej - w dwóch. Po pierwsze - z zapartym tchem śledził wyczyny Rogera Federera i Novaka Djokovica na kortach Wimbledonu. Tenis ziemny to chyba najpiękniejszy sport jaki znam, a turniej w Londynie od lat sprawia, że moja miłość do niego wygrzebuje się z szafy, otrzepuje z kurzu i podnosi mi ciśnienie. Po drugie - moja kochająca filmy, seriale i ich twórców dusza poleciała do San Diego w Kalifornii, by szaleć z emocji na najróżniejszych spotkaniach podczas Comic Conu. Tym właśnie sposobem, nawet gdy ktoś mnie ostatnio spotkał, to niekoniecznie widział mnie całkiem przytomną. 

Największe wrażenie ze wszystkiego, co na Comic Conie zaprezentowano, zrobił na mnie short film, prezentujący nowy wątek, który pojawi się wkrótce w serialu "Hannibal". To małe dzieło sztuki, majstersztyk pod względem nastroju i napięcia. Muzyka, kolorystyka, dobór scen - wszystko zrealizowane w ten sposób, by zaniepokoić, a jednocześnie zafascynować. Motyw "Czerwonego Smoka" jest doskonale znany tym, którzy czytali książki Thomasa Harrisa i oglądali filmy o Hannibalu Lecterze. W rolę psychopaty przybierającego to miano wciela się tym razem Richard Armitage (jak ktoś nie wie, to za nic w świecie nie pozna, że grał on także Thorina w "Hobbicie"). I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że będzie to rola zapadająca w pamieć i równie mocno działająca na wyobraźnię jak obraz "Czerwony smok i kobieta ubrana w słońce" Williama Blake'a - dzieło, które zafascynowało Francisa Dolarhyde'a do tego stopnia, że zaczął się z nim utożsamiać. 


"Hannibal" mnie zaintrygował i odrobinę przestraszył - w sensie jak najzupełniej pozytywnym, bo ja się niezwykle lubię bać podczas oglądania filmów i czytania książek. Na odstresowanie doskonały okazał się słodki jak babeczka z kremem Tom Hiddleston, który poleciał do San Diego, by reklamować swój najnowszy film - "Crimson Peak". Pojawienia się tego thrillera w kinach oczekuję jak deszczu w upalny dzień. I doskonale wiem, że Hiddleston, choć dzisiaj szczerzył się do mnie najpiękniejszym ze swoich złotowłosych uśmiechów i rozbrajał wszystkich urokiem osobistym rasowego Brytyjczyka, to już wkrótce przyoblecze się ponownie w czerń, przywoła wspomnienia z roli Lokiego w "Avengersach" i nieźle mnie nastraszy jako Sir Thomas Sharpe. 



Którego Toma wolicie? Ja zdecydowanie tego mrocznego ;)

"Nie o to chodzi, jak co komu wychodzi", czyli o talentach wokalnych brytyjskich aktorów

Oglądałam ostatnio "Dzwoneczka i tajemnicę piratów". W moim przypadku to dość zaskakujący wybór - nie dość, że zdecydowanie należę do tych dziewczynek, które wolą smoki od wróżek, Iron Mana od komedii romantycznych, a bitwę o Helmowy Jar przedkładają nad zwiedzanie Imladris, to jeszcze nie posiadam potomka, który by mnie mobilizował do odkrywania w sobie miłości do tiuli, koronek, tiar i błyszczących skrzydełek. 

Bąbel mój (który powoli zaczyna tracić prawo do tego miana, bo się za dorosły robi) preferuje bajki w stylu "Megamocnego" czy "Strażników Marzeń", na co nie narzekam, bo za każdym razem bawimy się na nich świetnie. Zdarza mi się jednak wzdychać (po cichu, żeby sobie wstydu przed dzieckiem nie narobić) za takimi "Zaplątanymi" na przykład:) A ponieważ mam siostrzenice, więc od czasu do czasu w oko wpada mi coś, co na moment budzi we mnie księżniczkę zamkniętą w wieży (strzeżonej zazwyczaj przez Avengersów, X-Menów i całe stado baśniowych dinozaurów). Tak było z najnowszą przygodą Dzwoneczka. Oficjalne tłumaczenie brzmi, że to bajka o piratach i ich nikczemnych planach, co mieści się w granicach moich i mojego Dziecka upodobań:)

Zaraz, zaraz, ale ja wcale o wróżkach pisać nie planowałam. Zmierzam do tego, że w filmie tym jest piosenka. Fragment tej piosenki, w oryginale oczywiście, śpiewa Tom Hiddleston i to śpiewa go po prostu rewelacyjnie. A Tom Hiddleston już zdecydowanie pasuje do moich normalnych zainteresowań, bo grał swego czasu skandynawskiego boga Lokiego. Pomijając filmy, w których to robił (pierwsza część "Thora" jest, moim skromnym zdaniem, bardzo kiepska), to Loki z Hiddlestona pierwszorzędny - właśnie taki, jakiego sobie wyobrażałam, gdy się dawno temu zaczytywałam w mitologii Wikingów.


Moje ulubione ujęcie Lokiego ;)
Dzięki Tomowi wpadłam na pomysł, żeby sobie posiedzieć i pooglądać śpiewających aktorów. Trochę się pośmiałam, trochę pozachwycałam, a potem stwierdziłam, że muszę sobie te perełki zapisać ku pamięci, bo jest to doskonałe źródło dobrego humoru. Będą to, oczywiście, jedynie aktorzy angielscy, bo inni nie tylko nie mają pojęcia o śpiewaniu, ale przede wszystkim nie mają w sobie tego niezmiennie mnie fascynującego dystansu do siebie. Nikt tak nie potrafi żartować z samych siebie jak Brytyjczycy :)

Tom Hiddleston to aktor, który ma ogromną charyzmę, jest zawsze uśmiechnięty, uroczy, a przy tym w oczach można mu wyczytać wielką miłość do tego, co robi. I to się czuje, gdy się go ogląda na ekranie. Może jeszcze nie w "Cranford", ale w "Czasie wojny" było to już wyraźnie widoczne. Nie miałam okazji, żeby zobaczyć go na żywo na deskach teatru Donmar Werehouse, gdzie grał Coriolanusa, ale oglądałam ten spektakl w Multikinie. Całością jakoś specjalnie porażona nie byłam, ale Hiddleston był naprawdę znakomity. A widząc, jak w trakcie pracy nad ścieżką dźwiękową do "Dzwoneczka" radośnie wczuwa się w śpiewanie piosenki pirackiej, aż serce mi rośnie, bo uwielbiam ludzi z pasją.