"Hello, Mr. Tennant" - czyli kilka słów o moim spotkaniu z odtwórcą roli Ryszarda II

Czy czujecie czasami przemożną chęć podziękowania komuś, kto stworzył coś tak pięknego, poruszającego lub emocjonującego - obraz, książkę, film lub sztukę - że doprowadził Was niemal do łez ze wzruszenia albo spowodował, że uśmiechnęliście się szeroko, mimo iż właśnie mieliście bardzo zły dzień? A może po prostu przeżyliście cudowną przygodę bez wychodzenia z domu?

Ja czuję się tak bardzo często, ale zazwyczaj moje pobożne życzenie pozostaje w sferze marzeń. No bo jak tu podziękować Van Goghowi za jego wirujące niebo i radosne słoneczniki, Charlottcie Brontë za Heathcliffa, Tolkienowi za Śródziemie, czy Audrey Hepburn za Holly Golightly? Jeśli chodzi o twórców żyjących sprawa jest o wiele prostsza - zawsze można napisać entuzjastyczną recenzję znakomitej książki albo wystosować list do Ridley'a Scotta wychwalając "Gladiatora" pod niebiosa.

Nie może się to jednak równać ze spotkaniem w cztery oczy, które często, jeśli trafi się na miłego człowieka, jest nie tylko przyjemne, ale także emocjonujące i zapadające w pamięć na długo. Tylko osobiste podziękowanie i uściśnięcie dłoni daje mi prawdziwą satysfakcję, bo widząc życzliwość i wdzięczność w oczach artysty naprawdę czuję, że choć w maleńkiej części zrewanżowałam się za to, co otrzymałam. Wówczas radość z przeżywania wzruszeń jest podwójna. A przy tym - nie ukrywajmy - spotkanie osoby, dzięki której powstaje Sztuka, jest wydarzeniem sprawiającym wielką przyjemność.

Niedawno miałam okazję podziękować za coś, co niezwykle wpłynęło na moje emocje i uczucia, co dało mi bardzo dużo radości. Za coś wywołującego uśmiech na mojej twarzy i zapierającego mi dech w piersiach zawsze, gdy o tym pomyślę. Tak intensywne wrażenia estetyczne są bezcenne, ciężko je określić, sprecyzować, opisać w kilku zdaniach. A ja musiałam na poczekaniu, w biegu, w radosnym szoku znaleźć słowa uznania, choć w drobnej części oddające całość złożonych przeżyć wywołanych przez twórców sztuki, którą miałam przyjemność oglądać w Londynie. Między innymi za to właśnie cudowne katharsis miałam możliwość osobiście wyrazić wdzięczność. Jako reprezentant wszystkich osób, które przyłożyły rękę do wystawienia "Ryszarda II" na scenie, napatoczył mi się odtwórca roli tytułowej, czyli sam David Tennant.


Spotkanie podczas mojego drugiego "stage door".


Jak ktoś nie wie, o co chodzi, to zapraszam do wcześniejszych tekstów:
* o tym, jak znalazłam się w Londynie;
* recenzja "Ryszarda II";

Zadanie nie należało do najprostszych, gdyż myśląc intensywnie nad angielskimi, w miarę sensownymi sformułowaniami, rozglądałam się jednocześnie gorączkowo, czy zza rogu nie wybiegają agenci Scotland Yardu, którzy mnie obezwładnią i zawiodą w kajdankach do celi bez okien za włażenie tam, gdzie włazić nie wolno. Przy tym musiałam pamiętać, że należy oddychać, w miarę normalnie się uśmiechać i nie bełkotać z wrażenia:)

A przecież na to, za co chciałam podziękować, oprócz wrażeń estetycznych wywołanych przez świeżo obejrzaną sztukę, składało się kilka innych czynników - przede wszystkim wcześniejsze spektakle oglądane przeze mnie na ekranie, które stały się bodźcem do pokonania przeze mnie wielu barier piętrzących się na drodze do spełnienia jednego z priorytetowych marzeń. Największe wyrazy wdzięczności należały się oczywiście Williamowi Szekspirowi, ale z racji jego fizycznej nieobecności w XXI wieku całość mojej wdzięczności spłynęła na kogoś innego.

Kiedyś David Tennant był dla mnie tylko Doktorem Who - najlepszym ze wszystkich aktorów odtwarzających tę postać, przystojniakiem o wielkich oczach fantastycznie grającym na emocjach widzów. Dla sporej części ludzkości użycie w tym kontekście słówka "tylko" jest czymś w rodzaju herezji, gdyż Tennant (wraz z odświeżoną drużyną scenarzystów, producentów i reżyserów) wniósł do mega-produkcji BBC nową jakość, sprawił, że nagle "Doktora Who" zaczął znać i kochać cały świat. Dla każdego Brytyjczyka jest to serial kultowy, kręcony od pięćdziesięciu lat kufer z przygodami, na którym wychowywało się kilka pokoleń.

David robił się coraz popularniejszy, nie tylko ze względu na swoje przygody w TARDIS (dla niewtajemniczonych - to wehikuł czasu, którym Doktor przemieszcza się w czasie i w przestrzeni), ja jednak przez dłuższy czas, przy całym uznaniu dla niego jako dla aktora, kojarzyłam go tylko z tym serialem. Był jeszcze pamiętny epizod w "Czarze ognia", ale na tym koniec. A potem oglądnęłam "Hamleta"... 


Spektakl sceniczny, który został nagrany na potrzeby telewizji zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Nie przypuszczałam, że sztuka Szekspira przeniesiona w czasy współczesne może być tak spójna i prawdziwa, tak mało pretensjonalna. To była pierwsza tego typu adaptacja, która przyćmiła mi wszystkie oglądane do tej pory klasyczne realizacje tego tytułu. Wywróciła do góry nogami moje dotychczasowe przekonanie, iż nie narodził się jeszcze reżyser potrafiący duńskiego księcia umieścić w naszych czasach w taki sposób, by mi się to spodobało.

Okazało się, że owszem, przyszedł na świat już chwilę temu, a nazywa się Gregory Doran. Narodził się także odtwórca tytułowej roli, który był w stanie wymyślić swoją postać zupełnie od nowa - co w przypadku tej konkretnej sztuki jest osiągnięciem nie lada. Tym sposobem David Tennant przestał być dla mnie tylko Doktorem Who. Stał się najlepszym Hamletem jakiego oglądały moje oczy, genialnym aktorem teatralnym, zrośniętym ze sceną, jakby był jej organiczną częścią, uosobieniem wszystkich ludzkich emocji, jakie tylko zostały przez Szekspira opisane. 

video


Recenzje spektaklu potwierdziły moje zachwyty - Tennant został okrzyknięty najwspanialszym Hamletem swojego pokolenia. Potem oglądałam go jeszcze w "Wiele hałasu o nic" i utwierdziłam się w mniemaniu, iż Anglia wydaje na świat aktorów najwyższej próby, a David urodził się po to, by odtwarzać role z XVI-wiecznych dramatów.

Zawsze marzyłam o tym, by sztukę napisaną przez Barda ze Stratfordu zobaczyć na deskach londyńskiego teatru. Nie musiał to być koniecznie The Globe Theatre, choć taka przyjemność byłaby grzechu warta. :) Pod koniec zeszłego roku, wiedząc, że Royal Shakespeare Company właśnie wystawia "Ryszarda II", w którym główną rolę gra mój ulubiony aktor szekspirowski i która znów jest reżyserowana przez Gregorego Dorana, machnęłam ręką na wszelkie ograniczenia i zaczęłam urzeczywistniać to pragnienie. W końcu ciężko byłoby mi znaleźć lepszą okazję.

Wrażenia ze spektaklu opisałam wcześniej, dziś chciałabym wrócić pamięcią do chwil, które stały się dla mnie ukoronowaniem całej wyprawy i wisienką na torcie. Plany miałam wielkie, ale majaczące gdzieś na obrzeżach świadomości, w sferze marzeń, których spełnienie nie zależało ode mnie, ale od ciągu szczęśliwych zbiegów okoliczności. Owe plany zakładały, że spróbuję spotkać Davida Tennanta po przedstawieniu, pod tzw. stage door, czyli drzwiami wyjściowymi dla aktorów.

Rzeczywistość sprawiła mi niespodziankę i potrójnie zrealizowała dla mnie to, o czym sobie tylko po cichu marzyłam. Każdy lubi, gdy chwali się jego pracę, gdy docenia się jej efekty. Dla aktora mającego świadomość, że większość ludzi spoza jego własnego kraju kojarzy go tylko dzięki jednej roli serialowej, musi to być szczególnie cenne. Tyle radości, ile dało mi oglądanie kreacji teatralnych Davida zasługiwało na podziękowanie i przekazanie mu mojej wiary w to, że inne jego występy są dla wielu ludzi równie ważne, a nawet ważniejsze od Doktora Who. Samolubnie liczyłam na rewanż w postaci autografu, zdjęcia, może kilku słów wywiadu - na coś, co pozostanie pamiątką i będzie zawsze przypominać o tak miłym wydarzeniu.



Do naszego spotkania doszło zupełnie przypadkowo w bocznym korytarzu Barbican Centre, z dala od tłumu ludzi i tych wszystkich, którzy czekali pod teatrem, by zdobyć podpis czy fotografię. Rozglądając się po centrum kultury wędrowałam sobie po rejonach, po których postronnym chodzić nie było można (tak mi się przynajmniej wydaje, bo większość ludzi zostawała gdzieś w tyle). Zabłądziłam trochę dalej niż planowałam, a przede wszystkim dużo dalej niż powinnam, ale już nie raz przekonałam się, że wciskanie się w mysie norki i dziury w płocie przynosi wymierne efekty.

Nie wiem, czy David wyskoczył na chwilę z garderoby na kawę, czy też z jakiegoś innego powodu, ważne, że udało mi się go namierzyć i zatrzymać na chwilę pogawędki. W kostiumie scenicznym, z rozwianym długim włosem i w okularach na nosie wyglądał dość niecodziennie, ale uśmiech, jakim mnie obdarzył był jak najbardziej znajomy. Nie był to z lekka nieprzytomny wyraz twarzy Hamleta, ani wiecznie pełna euforii mina Benedicka z "Much Ado About Nothing" - David Tennant zaprezentował mi swój najzupełniej prywatny uśmiech. Dzięki niemu, a także dzięki okularom udało mi się zachować resztki przytomności i nie przywitać się z nim niczym z władcą średniowiecznym słowami: "Welcome My Liege":) Nawet do głowy mi nie przyszło, by zacząć grzebać w torbie w poszukiwaniu aparatu lub długopisu, szkoda było na to czasu. Widziałam, że się spieszył, ale miałam świadomość, że pod stage door nie będę w stanie powiedzieć mu tego, co bardzo powiedzieć chciałam.

Do kolekcji moich najmilszych chwil dołączyło wspomnienie momentu, w którym jego nie do końca obecny wzrok nagle skupił się na mnie, kiedy zaczął sprawiać wrażenie kogoś, kto uważnie słucha. Już sam fakt spotkania się z nim za kulisami, nieoficjalnie, w spokoju i w ciszy był dla mnie wydarzeniem nie lada, jeszcze większym był widok wyrazu twarzy tego wspaniałego aktora, znanego i uwielbianego, gdy usłyszał, jak bardzo jego praca jest dla mnie ważna i jak magiczny wieczór przeżyłam dzięki niemu.

Zachowywał się tak, jakby ktoś powiedział mu to po raz pierwszy, jakby nigdy do tej pory nie został obdarzony takim komplementem. Sprawiał wrażenie człowieka, dla którego ważna jest każda opinia, który nie lekceważy żadnej pochwały i żadnego słowa uznania, a tym samym wydawał się być artystą ceniącym ludzi i szanującym każdego, z kim rozmawia. Jakże wielka była to odmiana po niektórych moich wcześniejszych doświadczeniach z aktorami, głównie polskimi, którzy patrzą na ludzi z góry, niczym na szary tłum niewart uwagi.

David Tennant potraktował mnie tak, jakbym była reprezentantką tych widzów, którzy przyszli do teatru nie dlatego, żeby zobaczyć Doktora Who, ale po to, by chłonąć prawdziwą sztukę, by przeżyć piękne chwile dzięki obserwowaniu doskonałych aktorów w ponadczasowym, genialnym dramacie.


Mimo późnej pory i pośpiechu David zawsze poświęca chwilę,
by po wyjściu z teatru spotkać się z widzami.

Nie zarejestrowałam w jego wzroku pytania: kim ona jest i co tu robi? Zapewne założył, że skoro już tam jestem, to znaczy, że mam do tego prawo. Zdaje się, że nie była to do końca prawda, ale nie zamierzałam mu się do tego wcale przyznawać. :) Przypuszczając, że nasza rozmowa nie potrwa długo, od razu po przywitaniu się powiedziałam to, co powiedzieć planowałam.

Podziękowałam za sztukę, która zaczarowała mnie na niemal trzy godziny, za wzruszenia, jakich mi dostarczyła i za to, że za każdym razem tak fantastycznie oddaje na scenie ducha sztuk szekspirowskich - niezależnie od tego, czy gra w kostiumie z epoki, czy we współczesnych ubraniach. W tej samej chwili, w której zaczęłam mówić o konkretach zauważyłam, że jego wzrok przestał być rozbiegany i nieobecny, że skupił się na moich słowach, które sprawiły mu przyjemność. 

Przedstawiając mu się powiedziałam, że przyjechałam z Polski specjalnie na spektakl - ucieszył się, że zdążyłam, bo czwartkowe przedstawienie było jednym z ostatnich. "Jesteś z Polski? Byłem tam - mam miłe wspomnienia" - nawiązał do swojego pobytu w naszym kraju podczas kręcenia miniserialu "Szpiedzy w Warszawie" - koprodukcji TVP i BBC (nie do końca udanej - i to zdecydowanie nie z winy BBC!). Mój dziennikarski nos kazał mi zapytać, kiedy znów się do nas wybiera, bo może wówczas uda nam się umówić, żebym mogła "interview you". Niestety, nie był mi w stanie tego powiedzieć, co było raczej do przewidzenia. :)

Zamieniliśmy jeszcze kilka słów, ale nasze spotkanie zakończyło się szybciutko, gdyż David mocno się spieszył. Tych kilka minut stało się dla mnie ważnym elementem całości przeżyć, jakie zafundowałam sobie jadąc do Londynu. Byłam zachwycona spektaklem, występem aktorów i miałam okazję, by tym zachwytem podzielić się z osobą najbardziej zainteresowaną, mogłam prawdziwie podziękować komuś, komu się to najbardziej się należało. Oczywiście bardzo żałowałam, że nie udało mi się natknąć również na reżysera, Gregory'ego Dorana, marzyłam także o spotkaniu z Olivierem Fordem Daviesem, czyli cudownym księciem Yorku, ale nie można mieć wszystkiego... ;)

Oprócz tego nieoczekiwanego i nieformalnego spotkania za kulisami widziałam się z Davidem Tennantem jeszcze dwa razy - przed wyjściem z teatru. Raz po spektaklu, drugi raz dzień później, kiedy to miałam coś do załatwienia w pobliżu Barbicanu i skorzystałam z okazji, by ponownie pojawić się pod stage door. Choć atmosfera była przyjemna i bardzo wesoła, to jednak tam nie było już czasu na dłuższą wymianę zdań. Udało mi się jednak zdobyć autografy, zdjęcia i nagrania. 

W hałasie i prośbach dobiegających ze wszystkich stron David witał się ze mną, wymienialiśmy porozumiewawcze spojrzenia (jakby nie było - starzy znajomi) i przed rozpoczęciem wędrówki wzdłuż szpaleru fanów dwa razy podpisał mi program teatralny, uśmiechnął się do zdjęcia, a nawet pozdrowił do kamery moją przyjaciółkę, równie zwariowaną na punkcie Szekspira i teatru jak ja, która nie mogła pojechać ze mną, gdyż właśnie urodziła synka. Zrewanżował mi się więc za wyrazy uznania z nawiązką.






16 komentarzy:

  1. Myślę, że fascynacja Szekspirem i teatrem to cudowna pasja dająca wiele radości w długie wieczory i szare dni :). Jest w tym przecież tyle emocji i wzruszeń, łez ronionych w poduszkę i westchnień na samo wspomnienie niezapomnianych scen. Trudno znaleźć gdzie indziej tak wielką dawkę
    liryzmu uczuć i ekspresji słowa.
    A David Tennant - niezaprzeczalnie - jest mistrzem w swoim fachu, jednym z niewielu aktorów, w których słowach i gestach scenicznych widać autentyczność uczuć i bogactwo ich wyrazu. Spotkanie z nim musiało być niezapomniane i z pewnością jest wspomnieniem, któremu towarzyszy satysfakcja z osobistej rozmowy bez tłumu ludzi za plecami. To wspaniale, że udało Ci się osobiście podziękować mu za bogactwo sztuki wystawionej na deskach Barbicanu i za osobisty wkład w ekspresję postaci Ryszarda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest tak, że trzymam Szekspira przy poduszce i podczytuję go co dzień, przed zaśnięciem. Jakiś czas temu czytałam wszystko, co napisał, porównywałam przekłady, zachwycałam się - wsiąkłam zupełnie na kilka dobrych tygodni. Rodzinka śmiała się ze mnie, że nawet "gadam Szekspirem":) Potem do niego nie wracałam przez dłuższy czas. Teraz podczytuję go okazjonalnie, w razie konieczności - wróciłam do "Ryszarda II" przed wyjazdem do Londynu, czytałam "Hamleta" przed wyprawą do National Theatre (w Multikinie)... Czasem natrafiam na jakiś fragment i nie mogę przestać - sięgam wówczas po cały dramat. To jest jak powrót do wzruszeń, do zachwytów nad językiem, kompozycją, stylem, nad rymem, który uwielbiam. To pasja, której nie karmię każdego dnia, nawet nie każdego miesiąca, ale nieprzemijalna, taka na zawsze.

      Z rozmowy z Davidem miałam tak wielką satysfakcję dlatego, że udało mi się zapanować nad paniką, w którą wpadam często, gdy muszę mówić po angielsku w miarę sensownie, dlatego, że nie uciekłam na jego widok bojąc się konsekwencji łażenia po terenie przeznaczonym tylko dla wybranych, dlatego, że potraktował mnie tak, a nie inaczej, bo przecież wcale nie musiał ze mną rozmawiać. Miałam wielkiego farta, że wszystko zdarzyło się tak, jak się zdarzyło i dzięki temu popatrzyłam na tego aktora jeszcze przychylniejszym okiem - dotychczas był dla mnie tylko uosobieniem geniuszu na scenie i bardzo dobrym aktorem, teraz jest także sympatycznym, uśmiechniętym człowiekiem, z którym można bez kompleksów porozmawiać nie odbijając się od rozbuchanego gwiazdorskiego ego.

      Usuń
  2. Zazdroszczę Ci odwagi. Jakbym zobaczyła aktora, nieważne czy bym go lubiła bardzo czy trochę mniej, nie zaczepiłabym go, nie odezwałabym się. Bałabym się, że mój angielski nie byłby wystarczająco dobry albo ja wystarczająco mądra na rozmowę z aktorem szekspirowskim. Bardzo lubię Davida Tennanta, oglądałam kilka dobrych filmów, w których grał, ale nie znam jego dorobku scenicznego. Nadrobię to. Dziękuję za fajną relację, przyjemnie się czytało o czymś, co samemu miałoby się ochotę zrobić, ale na co nie ma się szansy - przede wszystkim z powodu tchórzostwa. Pozdrawiam, Eli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jak ja się bałam podchodząc do niego - nie bałam się Davida, bałam się tego kołka w ustach, który mógł sprawić mi zawód i nie pozwolić odezwać się w jako tako zrozumiałym angielskim. Machnęłam jednak na to ręką i stwierdziłam, że będę się martwić, jak faktycznie nie uda mi się wykrztusić słowa. Okazało się, że wcale nie było to takie trudne - ambicja dodała mi skrzydeł, nie chcąc się skompromitować zaczęłam tworzyć całkiem zgrabne zdania. Mój angielski w mowie jest najmniej doskonały - tak sądziłam do tej pory, teraz już nabrałam większej pewności siebie, bo wiem, że rzucona na głęboką wodę dobrze sobie radzę.

      "Ryszard II" też był nagrywany - kto wie, może za jakiś czas także ta sztuka znajdzie się na ekranach Multikina:)

      Usuń
  3. Aaa! Super! Czasem oglądam wywiady z aktorami i tak się zastanawiam jakie to jest uczucie gdy stanie się przed osobą, którą zna się do tej pory wyłącznie z ekranu. Teraz dzięki Tobie, po troszę wiem. :D
    Tak mi się zawsze wydawało, że dla artysty powinien być ważny pozytywny odzew ze strony widza (po coś w końcu się produkują na scenie), dlatego trochę dziwi mnie to co napisałaś o polskich aktorach. No cóż... Czasem na twitterze widzę jak gwiazdy światowego formatu nie mają problemu z dziękowaniem swoim fanom, widocznie naszym rozgwiazdom jeszcze do tego daleko.

    Krótko mówiąc, opłaciło się lecieć do Londynu. Wspaniałe przeżycie i wspomnienia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, jakie to uczucie - przez moment nie jesteś pewna, czy to rzeczywistość, czy też siedzisz przed ekranem. Aktor wygląda dokładnie tak samo jak w trakcie wywiadów, które można oglądać co dzień w Internecie, dlatego w pierwszej chwili czujesz się zaskoczona, że tak naprawdę osoba, którą masz przed sobą niczym się nie różni od tej, którą wiele razy oglądałaś w różnych sytuacjach. Dopiero po jakimś czasie docierają do ciebie różnice - słyszysz oddech, czujesz ciepło dłoni, a jego wzrok jest skierowany na ciebie, a nie w kamerę. I dopiero wówczas dociera do Ciebie, że to rzeczywistość. Ja w tym własnie momencie przestałam się denerwować, uśmiechnęłam się szeroko i zaczęłam się cieszyć rozmową i tym, że przez kilka minut David Tennant był tylko dla mnie:)

      O, zdziwiłabyś się, jak niektórzy celebryci traktują ludzi. Prześlizgują się po nich wzrokiem jak po bezosobowym tłumie, machają z uśmiechem, ale na nikogo tak naprawdę nie patrzą, nikogo nie słuchają. Gwiazdy gwiazdom nierówne - kiedyś sobie porównywałam aktorów angielskich i amerykańskich. Ci z Wysp Brytyjskich w większości są niezwykle ciepli i serdeczni dla ludzi, rozmawiają, spotykają się, wchodzą bez oporów między ludzi, jeżdżą metrem i gawędzą z każdym, kto ma na to chęć, podchodzą do fanów, dyskutują z nimi, podpisują co kto chce, patrzą w oczy i zauważają każdego. Gwiazdy Hollywood traktują fanów inaczej - są mili, wdzięczni, chętni do kontaktów (nie wszyscy), ale nie traktują każdego fana jak jednostki, widzą tylko ogrom ludzi, którzy chcą zdjęcia, autografu, uścisku dłoni. Rzadko ich widuję rozmawiających z ludźmi z prawdziwym zainteresowaniem, wymieniających poglądy, zawsze się spieszą, gdzieś pędzą, pozują do zdjęć fotografom. Brytyjczycy nigdy się nie spieszą:)

      Usuń
  4. Aniu,co za cudowne przeżycia,to jak najwspanialsza przygoda życia!No,i popatrz,tak się zachwyciłam Twoim tekstem,wspomnieniem cudownego wieczoru w londyńskim Centrum Barbican,że sama zaczynam "rymować'hi...hi...
    Warto było polecieć choć na kilka dni,aby dokonać TEGO,co Tobie się udało...Szekspir w Londynie,David Tennant jako Ryszard idealnie wcielający się w postać tragicznego króla i jeszcze sam na sam z NIM,możliwość rozmowy,pogratulowania gry,słowa podziwu dla Jego aktorstwa,nie,to jak dla mnie niesamowite przeżycie!Gratuluję z całego serca i cieszę się,że zrealizowałaś z nadwyżką swoje plany i marzenia.Wiem,że tak w duchu,po cichutku,gdzieś tam "w głębi"marzyło Ci się na pewno takie spotkanie bez tłumów,pisków,krzyków...całej tej otoczki wokół idola.Pięknie opisałaś tamten wieczór i te przeżycia,które na zawsze będą z Tobą.
    Pozdrawiam,Aniu gorąco,wiosennie,warto marzyć...jak widzę-ZOJA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że mi się marzyło takie spotkanie, ale kto by tam wierzył, że może mieć miejsce taki ciąg zbiegów okoliczności, który sprawi, że rzeczywistość przerośnie marzenia:) Jechałam do Londynu z głową nabitą planami - pójdę tu, pójdę tam, może kogoś spotkam, może z kimś porozmawiam, może coś się uda, a tak naprawdę bałam się tylko, że wrócę rozczarowana. No, nie rozczarowana do końca, bo miałam przed sobą sztukę w teatrze, która miała mi zapewnić cały garnitur wrażeń, niemniej jednak marzyło mi się tak wiele rzeczy, że nie spotkawszy nikogo wracałabym do domu trochę bezmyślnie rozczarowana.
      Może to usilne pragnienie sprawiło, że przyciągnęłam kilka takich sytuacji jak ta z Davidem, bo przecież jeszcze przez moment rozmawiałam z Richardem Armitage'm:) I mogę powiedzieć, że te dwa dni mnie w pełni usatysfakcjonowały.
      Boję się tylko własnych oczekiwań wobec kolejnego londyńskiego wypadu:):)

      Usuń
  5. Co za wieczór!!!
    Pełen wrażeń,emocji,przeżyć estetycznych poprzez kontakt z prawdziwie wielką SZTUKĄ i jeszcze na to wszystko...tak ekscytujące,prawie romantyczne...zwieńczenie:)doskonale przekazałaś nam swoją londyńską Przygodę!Czytałam,czytałam...i gdzieś tam w głębi troszkę chyba zazdrościłam,przyznaję się...
    Serdecznie pozdrawiam w pierwszy wiosenny wieczór-MIRA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, kochana:) Dla mnie opisanie tego doświadczenia nie było łatwe, bo ciężko oddać słowami tyle emocji, ale dało mi dużo radości i pozwoliło wiele przeżyć utrwalić lepiej w pamięci. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała taką okazję i że jeszcze nie raz Wam będę mogła o tym napisać:)

      Usuń
  6. Jaki to sympatyczny facet,aż trudno jest mi go sobie wyobrazić w roli Ryszarda II na scenie;dobrze,że zamieściłaś fotki;konfrontuję:) Anka

    Masz wspaniałą pamiątkę,takie mile zdjęcie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiątka jedyna w swoim rodzaju - nie tylko zdjęcia, ale przede wszystkim wrażenia. Tak, David Tennant jest tak sympatyczny na jakiego wygląda, a na scenie potrafi być tak diaboliczny, jak tylko się da - fantastyczny talent.

      Usuń
  7. Znalazłam się tutaj przypadkiem, szukając informacji o Ryszardzie II, ale Twój wpis czytałam z taką przyjemnością, że postanowiłam zostawić komentarz. Gratuluję spotkania; zrobiło mi się bardzo ciepło na sercu czytając o Twojej radości i uwadze, jaką obdarzył Cię David Tennant - nie ma chyba wielu gorszych rzeczy niż odkrycie, że człowiek, którego podziwiamy i który przez swoją twórczość jest dla nas bardzo ważny nie jest w rzeczywistości taki, jakim go sobie wyobrażamy. Pozostaje mi mieć nadzieję, ze i mnie uda się kiedyś podziękować kilku osobom, miedzy innymi Davidowi Tennantowi, za to, co wnoszą do mojego życia. Będę pamiętać o tym, by próbować dostać się w miejsca nie do końca dostępne... :) Pozdrawiam serdecznie
    Alumfelga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro szukałaś informacji o "Ryszardzie II", to mam nadzieję, że znalazłaś także moją tasiemcową recenzję spektaklu, a jeśli tak, to że ona również Ci się podobała. Dziękuję Ci za miłe słowa. Niedługo minie rok od chwili, w której spotkałam się z Davidem, ale to wydarzenie chyba już na zawsze pozostanie w mojej pamięci żywe i kolorowe - jakby zdarzyło się przed chwilą.

      Usuń
  8. Spotkałaś mojego męża :D A tak na serio, to bardzo ci zazdroszczę. Uwielbiam Davida i to, jak potrafi przeskakiwać od ról epizodycznych, przez lekkie komedie po trudne w odbiorze (i przekazie) sztuki. Kocham go za Hamleta, za Boradchurch.... Jak do tej pory jedynie do niego pisałam, spotkać nie miałam okazji. Zawsze odbierałam jego wypowiedzi, jako słowa miłego i ciepłego człowieka, ale gdzieś tam w głowie miałczał mi cichy głosik ,,Że to wszystko pewnie na pokaz". A tu proszę: spotkałaś go, porozmawiałaś. Okazał się dokładnie taki sam, jak ten super-David z mojej głowy :D Dzięki ci za potwierdzenie, że prawidłowo ulokowałam swoją fanowską miłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki jest naprawdę, ciężko zgadywać, gdy się z nim nie styka na co dzień, ale myślę, że to, iż nie okazał ani grama zniecierpliwienia, że uważnie słuchał, rozmawiał z uśmiechem, mimo zmęczenia po spektaklu, mimo pośpiechu (przecież im szybciej skończy się spotkanie z fanami pod stage door, tym szybciej będzie w domu) - że to wszystko mówi wiele o jego charakterze i stosunku do ludzi. Nie spotkałam się jeszcze z opinią nikogo, kto powiedziałby, że David jest fałszywy, niemiły, że się wywyższa. Każdy mówi, jaki jest otwarty, uśmiechnięty, cierpliwy. I ja do tego dołączam moją opowieść i moje wrażenie spotkania człowieka przeuroczego, człowieka, w którego oczach błyszczy nie tylko pasja i spełnienie, ale także życzliwość do całego świata i wdzięczność za docenienie.

      Usuń